czwartek, 20 lipca 2017

Nowy blog recenzyjny

Moi mili!


Chciałam Was poinformować, że właśnie założyłam bloga, na którym będą pojawiać się tylko i wyłącznie recenzje przeczytanych przeze mnie książek.

Jeśli jesteście ciekawi, to bardzo serdecznie zapraszam Was tutaj:

http://recenzje-anki.blogspot.com/


Będzie mi bardzo miło gościć Was jak najczęściej :)

PS: Na blogu znajdziecie moją najnowszą recenzję książki Michael'a Hastings'a "Wszyscy ludzie generała".


Jeszcze raz wszystkich bardzo serdecznie zapraszam!


Ania :)

środa, 21 czerwca 2017

Mówić "nie"

Wiecie, co? Całe życie miałam problem z mówieniem "nie". Bo ktoś się obrazi, bo nie wypada, bo to, bo tamto... Bo lepiej samemu czuć się źle, niż żeby ktoś inny czuł się niekomfortowo, czy skrzywdzony.
Wiecie do czego doprowadziło mnie takie myślenie? Do niskiej samooceny, nadskakiwania innym i nie patrzenia na własne potrzeby, plany, ambicje i tak, nawet własną godność.

Kiedy urodziłam córkę, zaczęłam mówić "nie". Cholera, w wieku 29 lat, rok temu, nauczyłam się mówić "nie".

Nie, nie mogę się z Tobą spotkać, bo w Twoim towarzystwie czuję się źle. Nie, nie chcę tego zrobić, bo wolę spędzić czas z dzieckiem. Nie, nie wydam już nigdy więcej żadnej książki, dopóki nie spotkam firmy, która zacznie traktować mnie jak partnera w interesach. Nie, nie muszę nic wydawać, najważniejsze, aby pisanie, czy cokolwiek innego, co robię, sprawiało mi radość.

Przez długi okres czasu nie mogłam patrzeć na książki, nie mówiąc już o ich pisaniu. Nie mogłam, bo moje zaufanie zostało nadszarpnięte i przez to straciłam radość, która wypływa ze słowa pisanego.
Przez długi okres czasu walczyłam o relacje z innymi ludźmi, które już dawno były skazane na wymarcie, bo tak wypada, bo przecież ktoś się obrazi.

Na szczęśie to już za mną. Pokonałam tę niewidzialną barierę, delikatnie utkaną z konwenansów i niedopowiedzeń. Już nie boję się mówić "nie". Bo czasem "nie" dla świata oznacza "tak" dla nas samych.

- Ania

czwartek, 4 maja 2017

"Fak maj lajf", Marcin Kącki - receznja

Na wstępie muszę powiedzieć, że nie lubię pisać negatywnych recenzji. Nawet bardzo. To, w jaki sposób odebrałam tę książkę jest kwestią, z jaką nie mogę się pogodzić. Niestety, na próżno szukałam czegoś wartościowego, kartkując kolejne strony książki o interesującym tytule „Fak maj lajf”. Ja nie przeczytałam, ja zmęczyłam tę książkę. Mimo to zdaję sobie sprawę, iż jest to tylko moja subiektywna opinia i może dobrze, bo przecież każdy z nas ma inny gust czytelniczy. „Fak maj lajf” niefortunnie „trafiło” w mój gust, niczym przysłowiową kulą w płot.

Wszystkie postacie w tej powieści są negatywne, nie posiadają ani jednej pozytywnej cechy, choć starałam się, aby je odnaleźć choćby w jednym z bohaterów. Doceniam i rozumiem koncepcję Kąckiego – starał się ukazać świat i rządzące nim zasady szczerze do bólu, dobitnie, odarte z wszelkiej obłudy. Jednak samo wykonanie jest co najmniej złe. Niektóre fragmenty, na przykład ta, w której Fifi, młody mężczyzna o homoseksualnej orientacji, wykonuje lewatywę, są zwyczajnie obrzydliwe. A zapewniam, że nie jest to jedyny raz, kiedy wielka gula podeszła mi do gardła i to nie z powodu nieokiełznanego wzruszenia. Coś, co bardzo mnie razi we współczesnej literaturze to nadużywanie przekleństw, inwektyw i stereotypów. Niestety, ta pozycja jest nimi przesycona. Ja wiem, że czasami zwyczajnie trzeba „rzucić łaciną”, ale naprawdę czasem nie powinno zamieniać się w często.

Książka traktuje o losach przypadkowych osób, które jednak spotykają się na swoich życiowych drogach. Żadnemu z bohaterów nie jest obcy ani jeden z siedmiu grzechów głównych. Gambit, wschodząca gwiazda srebrnego ekranu, to seksoholik bez skrupułów dążący po trupach do celu. Potrafi być też sadystyczny i bezwzględny. Wspomniany już Fifi, Monia i Nora, to trójka młodych osób, które dla sławy, jaką cieszy się Gambit, potrafią zrobić dosłownie wszystko. Imię Erica, który nigdy niczego nie osiągnął, zwykłym zbiegiem okoliczności i szczęścia nie schodzi z ust całej Polski. Jednak on ma własny plan, w jaki sposób wykorzystać ten niespodziewany uśmiech losu. Trzeźwy, jako jedyny wydaje się uczciwy, ale i on nie odczuwa wyrzutów, by niesprawiedliwie zdegradować na niższe stanowisko osobę, wyznaczoną przed Pierwszego. Papa i Lebioda to po prostu zwykli parszywcy, którzy dla pieniędzy sprzedaliby własne rodziny. Naiwny Młody, który odbywa staż w gazecie Lebiody, stara się coś zmienić, gdy odkrywa, jak naprawdę działa ta machina, w której jest tylko nic nie znaczącym trybikiem. Mimo tego wcześniej wykonuje każde polecenie przełożonych bez mrugnięcia okiem. Żaden z bohaterów nie prezentuje sobą niczego pozytywnego i niczego takiego nie można się po żadnym z nich spodziewać. Ich zepsute umysły i serca nie są w stanie wykreować niczego, co nie służy ich własnym interesom i pobudkom. Przykra to wizja. Jednak, gdyby została przedstawiona trochę inaczej, może trochę innym językiem, byłaby interesująca. A tak, mamy mały kataklizm zawarty na 317 stronach.


Czytając tę książkę myślałam „Ach, to tak bawi się Warszawka...” Jeśli TAK faktycznie bawi się Warszawka, to jestem bardzo zadowolona, że mieszkam w moim rodzinnym, spokojnym województwie podkarpackim, gdzie, parafrazując autora, mieszkają najbardziej katoliccy katolicy.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

wtorek, 17 stycznia 2017

O facebooku, moich planach oraz o tym, co naprawdę ważne.

Kochani!


Nie wiem, czy większość z Was zauważyła, ale "zniknęłam" z Facebooka. Całkowicie! Nie posiadam w tym momencie ani prywatnego konta, ani nie prowadzę żadnego fanpage'a. Dlaczego to zrobiłam? Powodów było kilka, Szczerze mówiąc już kiedyś "znikęłam" z Facebooka. Teraz jednak nie zamierzam wracać. Przede wszystkim chcę Wam powiedzieć, co dzięki temu zyskałam, a jest tego sporo. Najważniejszy profit to więcej czasu, ale równie ważny to brak nerwów. Tak. Ja wiem, że to niektórym z Was może wydawać się dziwne, ale wraz z usunięciem Facebooka przestałam zamartwiać się niuansami, chodzi mi tu szczególnie o to "co sobie inni pomyślą". Facebook jest wykreowaną, nieprawdziwą rzeczywistością, w której pokazujemy tylko pewną wersję siebie. Chcemy, żeby ta wersja była jak najlepsza. Chcemy, żeby Ci, którzy nas odwiedzają i Ci którzy nas śledzą (a chyba tych drugich jest znacznie więcej), kiedy zobaczą nasze zdjęcia oszaleli z zachwytu, a nieraz z zazdrości. Chcemy, aby nasze posty ich ruszyły i aby myśleli "Wow, on/ona jest naprawdę inteligentny/-na". Przyznam, że i ja dałam się wciągnąć w tę pułapkę, w której narcyzm jest naszym największym wrogiem. Facebook jest jak permanentny zjazd absolwentów. Od początku wiedziałeś, że to zły pomysł, żeby jechać, ale wszyscy Cię namówili, no więc jesteś. I nagle okazuje się, że nie ma ucieczki od ciągle oceniających oczu i od wiecznego porównywania się do innych. Czujesz, że musisz coś udowodnić.
Chodzi o to, że doszłam do wniosku, że nie muszę niczego udowadniać. Wahałam się czy usunąć również fanpage'e, ale uznałam, że nie chcę mieć już w ogóle nic wspólnego z tym portalem, więc półśrodki nie wchodziły w grę. Zadałam sobie pytanie: czy jeśli usunę fanpage'e, to moje książki przestaną istnieć? Odpowiedź była oczywista.

Jakie mam plany na przyszłość? Obecnie koncentruję się na mojej córeczce, Staram się z nią spędzać każdą chwilę i to sprawia, że nareszcie czuję się spełniona. Nigdy nie myślałam, że bycie mamą może być aż tak fascynujące. Okazuje się, że nie ma nic bardziej ekscytującego. Nie mam planów wydawniczych, Owszem, co jakiś czas rozsyłam swoje propozycje do wydawnictw, lecz nie czekam już w napięciu na odpowiedź. Odpuściłam, Co będzie, to będzie. Chcę pisać i zapewne zawsze będę, ale jeśli okaże się, że już nigdy niczego nie wydam, nie będzie to koniec świata. Zawsze wiedziałam, że pisanie mnie nie definiuje i nigdy nie chciałam by tak było. Dlatego tak rzadko organizowałam spotkania autorskie. Po pierwsze zawsze miałam strach przed publicznymi wystąpieniami (wolę pisać niż mówić). Po drugie czułam się nie na miejscu. Jestem kimś znacznie więcej niż swoje książki, a zarazem kimś znacznie mniej niż ludzie, którzy zechcieli pojawić się na spotkaniu.
Jeśli chodzi o wydawnictwa, to nie rozpisując się długo (bo po co), powiem jedynie, że nie wiem, czy istnieje taka firma, której dziś zaufałabym w stu procentach.

Teraz chcę Wam powiedzieć o tym, co jest dla mnie naprawdę ważne. Kochani, miłość i rodzina to największe wartości. Nie zaniedbujcie swoich realcji z bliskimi, bądźcie z nimi tu i teraz, naprawdę z nimi bądźcie. Wszystko inne jest nieważne. Wszystko inne może zaczekać. Cierpliwości, wszystko przyjdzie z czasem. Moja mama zawsze mi powtarza "Jeszcze zdążysz wszystko osiągnąć, tak jak ja zdążyłam". Wierzę w to mocno, dlatego nigdzie się nie spieszę. Czego i Wam życzę!


Pozdrawiam Was ciepło,

Ania :)