piątek, 22 stycznia 2016

"Dziewczyna z portretu", David Ebershoff - recenzja

Lili narodziła się pewnego dnia w kopenhaskim mieszkaniu artystów Grety i Einara Wegenerów. Była kruchą, nieśmiałą dziewczyną o ciemnych oczach i brązowych włosach. Tego dnia po raz pierwszy dała założyć sobie sukienkę, pończochy i buty na obcasie, a do drobnej dłoni włożyć bukiecik lilii. Pozwoliła na to wszystko, spełniając prośbę Grety, aby pozowała jej do portretu. Greta nie mogła dokończyć obrazu, ponieważ klientka po raz kolejny nie stawiła się w jej pracowni. Jedno spojrzenie na Einara wystarczyło Grecie, aby przekonać się, że ze swoją niemal kobiecą sylwetką idealnie odegra kobiecą rolę. Bo to miała być rola, tymczasowa i zaraz zapomniana. Lecz tego dnia, gdy Einar po raz pierwszy włożył damskie ubrania i nieco skrępowany pozował do portretu swojej żony, w jego ciele i umyśle rozbudziło się dawno skrywane pragnienie, które z czasem miało całkowicie nim zawładnąć.
Chociaż może to zabrzmieć niefortunnie, Lili była wspólnym dzieckiem Grety i Einara, zrodzonym z jej przyzwolenia i fascynacji oraz z jego nadziei i namiętności. Lili bowiem nie mogłaby przyjść na świat, gdyby choć jedno z nich nie dało na to swojej zgody. Greta pokochała Lili od razu, niemal tak, jak w jednej chwili zakochała się w swoim przyszłym mężu kilka lat wcześniej w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie Einar był wykładowcą, a Greta jego najpilniejszą studentką. Niedługo potem los ich rozdzielił. Greta powróciła do rodzimej Kalifornii, a Einar pozostał w Kopenhadze nękany coraz większą tęsknotą za kobietą o długich blond włosach, która w jego wyobrażeniach osiągnęła ideał.
Gdy przeobrażał się w Lili, Einar nie był już sobą, lecz eteryczną dziewczyną zafascynowaną światem i możliwościami, jakie ze sobą niósł . Niedługo minęło, nim odkrył, że żyją w nim dwie osoby, które jakimś okrutnym zbiegiem okoliczności muszą dzielić jedno ciało. Coraz bardziej dojrzewała w nim myśl, że jedna z tych osób musi umrzeć, bo coraz trudniej było mu przeobrażać się raz w męską, raz w kobiecą rolę. Greta jednak, której pojawienie się Lili dodało artystycznej inspiracji i wyniosło na wyżyny malarstwa, o jakich wcześniej nie marzyła, sprawiała wrażenie, że nie przeszkadza jej dwoistość natury jej męża. Ale wszystko ma swój kres i w końcu i ona zaczęła rozumieć, że jej mąż jest z dnia na dzień coraz bardziej nieszczęśliwy. Postanowiła skupić się na tym, aby zaznał szczęścia.
W dniu, w którym umarł Einar Wegener, a w jego miejsce ostatecznie narodziła się Lili Elbe, w niemieckiej klinice dla kobiet, Greta i Lili, choć nie powiedziały sobie tego wprost, zrozumiały, że dzień, w którym każda z nich pójdzie w swoją stronę zbliża się coraz bardziej. Obie bały się tego, ale nie miały wątpliwości, że ta chwila w końcu nastąpi.

Ta książka wzbudziła we mnie wiele emocji i nauczyła pokory wobec spraw, których nie rozumiem. Tak, nie boję się przyznać, że nie rozumiem dwoistej natury Einara Wegenera i powiem więcej, mam nadzieję, że nigdy jej nie pojmę, ponieważ takie życie wydaje mi się po prostu dramatyczne. I choć po drugiej stronie tęczy na Lili Elbe czekało nowe, piękne i pełne życie, to doświadczenia, jakie musiał przeżyć Einar napawają mnie lękiem. Nie do końca rozumiem też postępowanie Grety, która szczęście swojego męża stawiała ponad własne. Z mojego punktu widzenia małżeństwo wygląda zupełnie inaczej, bardziej jako partnerstwo i obustronne zabieganie o siebie małżonków. Gdy tylko jedno z nich pielęgnuje miłość, ona szybko zgaśnie.
Jednak, kiedy już sądziłam, że poznałam dobrze charaktery i postępowanie głównych bohaterów, oni robili lub mówili coś, co kazało mi wstrzymać się z wydaniem osądu. To takie łatwe, oceniać innych z własnej perspektywy, myślałam w takich momentach, nie będąc w stanie nigdy zrozumieć ich postępowania. Pokora. Tego nauczyła mnie lektura tej książki. A także wstrzemięźliwość w wydawaniu osądów. Dlatego nie chcę ich oceniać, opinie pozostawiam innym. Ja, poznając ich historie, zżyłam się z nimi, jak z przyjaciółmi i nie potrafię wydawać o nich sądów. Teraz, świeżo po skończonej lekturze, czuję się jak jedno z ich znajomych, delikatnie obserwujący ich losy i powstrzymujący się przed wydaniem wyroku, który mógłby zabić ich wrażliwe dusze.

„Dziewczyna z portretu” to książka nietypowa, zarówno jeśli chodzi o fabułę, jak i uczucia, które wzbudza. Napisana pięknym, choć przystępnym językiem, porusza tematy trudne, obok których nie można przejść obojętnie. Zaskakująca, wciągająca i angażująca czytelnika. Jeśli macie ochotę zmierzyć się z własnymi uprzedzeniami (jeśli je posiadacie), dać się zaskoczyć przez głównych bohaterów, przeżyć z nimi wspólnie rozterki, utrapienia, ale również chwile szczęścia i miłości, to ta książka w stu procentach spełni Wasze oczekiwania.

UWAGA: nie sięgajcie po „Dziewczynę z portretu”, tylko dlatego, że powieść została niedawno zekranizowana. Ta książka nie należy do łatwych i musicie być gotowi na przemyślenia, jakie w Was wzbudzi.



Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz