sobota, 27 sierpnia 2016

Po raz pierwszy w życiu zabrakło mi słów...

Moi drodzy,

zawsze sądziłam, że jeśli tylko chcę, słowami potrafię opisać wszystko. Jak bardzo się myliłam. Bo nie wiem jak mam opisać miłość tak wielką, że nawet blask słońca wydaje się przy niej blednąć. Jak opisać uczucie, kiedy jeden najpiękniejszy uśmiech na świecie potrafi odgonić wszelkie smutki, strapienia i zmęczenie. Nie umiem. Nie będę się nawet starać. 

3 maja 2016 r. o godzinie 12:35 po raz pierwszy w życiu zabrakło mi słów. Gdy przyszła na świat moja córeńka zaniemówiłam z zachwytu.


Pozdrawiam Was ciepło,
Ania

piątek, 12 sierpnia 2016

"Rekiny wojny", Guy Lawson - recenzja

Packouz, Diveroli i Podrizki – trzech młodych chłopaków z Miami Beach w 2007 roku wygrało przetarg na dostawę broni do Afganistanu, zorganizowany przez Pentagon. Kontrakt opiewał na 300 milionów dolarów. Oprócz Diverolego, najmłodszego z całej trójki, żaden z nich nie miał pojęcia o handlu bronią. Dziewięć lat temu wsiąknęli w świat ciemnych interesów, korupcji i mafijnych porachunków. Popalający trawkę kolesie w jednej chwili stali się najważniejszym graczem, rozgrywającym w jednym z kluczowych wydarzeń współczesnej historii.

Nieprawdopodobne? Nie do końca, gdy zrozumiemy politykę prowadzoną w ówczesnym czasie przez byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Georga W. Busha. Chcąc uniknąć oskarżeń o korupcję, Bush postanowił dać szansę prywatnym firmom na składanie ofert w przetargach, mających nadrzędne znaczenie dla walki USA z terroryzmem, przede wszystkim w Iraku i Afganistanie. Z tej okazji skorzystała AEY, firma należąca do Efraima Diverolego. Dzięki własnej wytrwałości i chciwości, Diveroli dotarł na sam szczyt półświatka handlarzy bronią. Jako nastolatek pomieszkiwał z wujkiem, który sam zajmował się sprzedażą broni. Zdobyte doświadczenie u wujka wykorzystał później w swojej własnej działalności. Niebawem dołączył do niego Packouz, licencjonowany masażysta, który w wolnych chwilach tworzył muzykę na własny, studyjny album. Podrizki, lingwista z zamiłowania, przyłącza się do firmy, kiedy AEY potrzebuje wysłać kogoś do Albanii, skąd sprowadza broń dla amerykańskich żołnierzy w Afganistanie. Mimo że troje młodych, niedoświadczonych ludzi na pierwszy rzut oka wygląda na grupę laików i ignorantów, tak naprawdę tworzą dobrze zgrany zespół, w którym każdy wykonuje pracę, jaką w dużych, międzynarodowych firmach przypada na dziesiątki dobrze wyszkolonych ludzi. Diveroli ma świetne wyczucie w składaniu ofert, Packouz zajmuje się realizacją zamówień, a Podrizki pełni funkcję dyplomaty, kontrolującego biznesy AEY w Albanii.

W świecie handlu bronią nic nie jest jednak jasne i już niebawem młodzi mężczyźni będą musieli się o tym dość boleśnie przekonać. Kiedy okazuje się, że mogą tanio nabyć albańską amunicję do karabinów AK-47, nie wahają się ani chwili. Rząd Stanów Zjednoczonych stawia tylko dwa warunki: amunicja ma być „sprawna bez zastrzeżeń” i nie może pochodzić z Chin. Pierwszy warunek zostaje spełniony, bo choć w większości naboje są stare i zardzewiałe, to bez wątpienia są „sprawne bez zastrzeżeń”, co w praktyce oznacza, że mają po prostu wystrzelić. Jednak drugi warunek zostaje przez kolesi zignorowany. Choć nie do końca, bo kiedy Podrizki na miejscu dowiaduje się o źródle pochodzenia amunicji, natychmiast dzwoni do małego biura AEY w Miami Beach i dzieli się swoimi zastrzeżeniami z Diverolim. Ten na początku jest zaniepokojony zaistniałą sytuacją, ale zaraz potem postanawia „obejść” przepisy. Plan jest prosty: należy przepakować amunicję do lżejszych kartonów, co zmniejszy koszty wysłania przesyłki do Kabulu, a chińskie oznaczenia usunąć, dzięki czemu „upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu”. I tu zaczynają się wszystkie problemy AEY. Okazuje się, że jednocześnie zadzierają z albańską mafią, w której skład wchodzi syn premiera Albanii, z pośrednikiem sprzedaży broni, a także z amerykańskim rządem. Najciekawsze jest jednak to, że gdyby nie pewien dziennikarz z „New York Timesa”, który najwyraźniej uwziął się na trójce kolesi, a także jeden tajny agent, który za swój honor uznał wsadzenie za kratki Diverolego, wszystko byłoby jak w najlepszym porządku.


„Rekiny wojny” to opowieść oparta na faktach. Niedługo będzie miała miejsce premiera filmu, będącego adaptacją powieści. Jest to historia o marzeniach, amerykańskim śnie i o tym, że chciwość i zachłanność rodzą tylko problemy. Czytelnik pomiędzy kartami powieści próbuje odnaleźć się w szarościach półlegalnego świata, w którym nikt nie jest niewinny. W pewnych momentach można się nieźle pogubić w zawiłościach wątków i historii i w tym „kto jest kim”. Jedno jest natomiast pewne – Packouz, Diveroli i Podrizki stali się kozłami ofiarnymi bezdusznego systemu, który za nic ma ludzkie życie i pod przykrywką uczciwości i dobrych intencji, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Ballada o drobnym karciarzu", Lawrence Osborne - recenzja

W świecie sztucznego, pozornego szczęścia, neonowych świateł, kiczowatych kasyn i ogólnodostępnych kobiet, „lord” Doyle czuje się jak ryba w wodzie. Dojrzały mężczyzna z haniebną przeszłością, przez którą nie może wrócić do własnego kraju, tutaj w chińskim Makau – stolicy hazardu, zdaje się odnaleźć swoje miejsce i poczucie godności. Wyrachowany, wyzbyty z wyższych emocji, uzależniony od gry w bakarata, cudownie wpisuje się w chory klimat miasta „głodnych duchów”. Zdaje się, że Doyle przekroczył już granicę, w której dla hazardzisty liczy się przede wszystkim wygrana. Dla niego wygrana to slogan, nic nieznaczący łut szczęścia. Doyle bowiem nie gra po to, aby wygrać, lecz po to, żeby w ogóle grać. Ten dreszczyk emocji, porównywalny tylko do adrenaliny związanej z jazdą na rollercoasterze, jest jego celem, gdy zasiada co wieczór przy jednym ze stołów do gry i poprzez materiał swoich żółtych „lordowskich” rękawiczek z czułością dotyka plastikowych kart. Co więcej, wydaje się, że przegrana jest dla niego bardziej satysfakcjonująca, niż wygrana. Kiedy bowiem do Doyla uśmiecha się szczęście, napełniając jego kieszenie gotówką, ten zdaje się chorować. Dolegliwości ustępują, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy koło fortuny zmienia swój bieg i opróżnia do cna te same kieszenie. Nie sądźcie jednak, że złe samopoczucie jest tym, co mogłoby powstrzymać głównego bohatera przed grą w bakarata. To nie zdrowie, lecz uzależniająca gorączka gry jest tym, co napędza mężczyznę.

Los zdaje się wystawić na próbę dotychczasowy styl życia „lorda” Doyla. Poznając pewnego wieczoru młodą call girl, Dao-Ming, coś niespodziewanie ożywa w jego wnętrzu. To coś pcha go do zadawania pytań, o których istnieniu nie miał pojęcia. Czy powinien rzucić hazard i przejść na zasłużoną emeryturę? Czy szczęście, które odczuwa przy Dao-Ming, jest warte wyczekiwanego odpoczynku i spokojnego życia u jej boku? Doyle ucieka od tych pytań, lecz one, niczym niezrażone, wracają do niego ze zdwojoną siłą.


„Ballada o drobnym karciarzu” to napisana dobrym językiem powieść, zadająca pytania egzystencjalne. Wraz z Doylem, czytelnik musi odpowiedzieć sobie na owe. To historia nałogu, który potrafi wciągnąć, niczym ruchome piaski. To opowieść o tym, co mogłoby by się stać, gdyby odwaga okazała się silniejsza niż hazardowa „gorączka złota”. Kolejne rozdziały są wielką niewiadomą. Dzięki temu zabiegowi, wzrasta ciekawość czytelnika i podobnie jak „lord” Doyle nie zamierza odpuścić, dopóki nie odkryje tego, co skrywają kolejne karty powieści.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

czwartek, 7 kwietnia 2016

Ostatnia kropka ;)

Moi drodzy,

właśnie przed momentem skończyłam pisać kolejną książkę. Tę powieść pisało się mi bardzo dobrze. O czym jest ta książka? To opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, zmaganiu się z własnymi lękami i bolesnymi doświadczeniami, oraz o miłości, dzięki której życie ma sens. 

Książka liczy dokładnie 74588 słów oraz 475756 znaków. Oczywiście, na chwilę obecną, ponieważ te liczby mogą ulec zmianie, gdy wprowadzę poprawki.

Co z tego wyniknie? Tego nigdy nie wiem. Poślę moją najmłodszą "córę" w świat i będę czekać. Jak wiecie, nadzieja nigdy mnie nie opuszcza ;) A tymczasem pozostawiam Wam zdjęcie-podpowiedź, abyście mogli bardziej domyślić się treści książki.


Miły widoczek, prawda? :)

Pozdrawiam Was wiosennie, Ania :)

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Before. Chroń mnie przed tym, czego pragnę", Anna Todd - recenzja

 „Before” to piąta część z serii „After”, napisanej przez Annę Todd. Historia opisana w „Before” to opowieść o miłości pomiędzy dwójką młodych studentów – Tessą i Hardinem, oscylująca wokół trudnych relacji głównych bohaterów.

Zanim przeczytałam tę książkę, kilka razy miałam okazję zapoznać się z literaturą „New Adult”. Nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, a po zapoznaniu się z „Before” na pewno to się nie zmieni. Przykro mi, ale ta książka nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych emocji. Uparcie szukałam atutów, które mogłabym wyłuszczyć w tej recenzji, ale bezskutecznie.

Zacznę od tego, że fabuła jest tak naiwna, jakby tę książkę pisała czternastoletnia dziewczyna. Schematycznie zarysowani bohaterowie – on jest zły i zbuntowany, ona cicha i niedoświadczona. Od początku wiadomo, jak potoczy się akcja w tej książce. Nie wiem, czy autorka naoglądała się za dużo komedii romantycznych, ale fabuła „Before” to stereotypowy scenariusz dla tego typu filmu. Chociaż, nie. W filmie przynajmniej akcja nie urywa się, od tak nagle i od tak sobie, nie występuje scena, która nie wiadomo skąd i po co się tam wzięła. W „Before” ten zabieg powtórzony został kilkukrotnie. To sprawiło, że nieraz gubiłam się w wątkach i nie wiedziałam dlaczego coś w ogóle się wydarzyło. Jak na powieść liczącą prawie 400 stron, dziwi takie zaniedbanie. Poza tym, czy naprawdę w powieści tego typu sceny łóżkowe muszą się przewijać praktycznie non stop? Czy aby „co za dużo, to niezdrowo?” Uwierzcie, kiedy powiem, że chwilami miałam odruchy wymiotne, gdy po raz kolejny na kartach powieści pojawiał się ulubiony temat autorki. Przykro mi, ponieważ tego typu uogólnienia sprowadzają miłość do poziomu fizyczności. Ta książka wręcz hołduje kłamstwu, jakie próbuje nam sprzedać nowoczesność, a więc, że miłość = seks.

Jeśli chodzi o stylistykę, woła o pomstę do nieba. Język, jakim posługuje się Todd jest, krótko mówiąc, bulwarowy. Ilość przekleństw, powtórzeń i komunałów zawartych w tej książce z łatwością zapełniłaby nie jedną uliczną ścianę w dowolnie wybranym mieście. Ja rozumiem, że tego typu literatura jest kierowana do młodego odbiorcy, ale czy to oznacza, że należy pisać tak, jakby nie znało się takich terminów jak „metafora”, „przenośnia” czy „porównanie”. Nie wiem, być może tutaj zawinił tłumacz, nie sama autorka, ale fakt pozostaje taki sam – język jest okropny. Nie sposób nie wspomnieć tu o koszmarnych powtórzeniach. Na przykład kilka razy dowiedziałam się, dlaczego Hardin nosi obcisłe spodnie, albo że ktoś lub coś jest według głównego bohatera „gorszego sortu”.


Jeżeli wszystkie powieści „New Adult” są podobne do „Before”, to chyba nie chcę już więcej sięgać po tego typu literaturę. Przykro mi, ale muszę powiedzieć stanowcze „nie” takiemu pisarstwu, które nie wnosi dosłownie nic w życie czytelnika. Nie rozumiem, jak to się stało, że seria „After” zdobyła tak ogromną popularność, najpierw w Sieci, a później poza nią. Przeraża mnie myśl, że oprócz wydanych już pięciu książek, ma powstać jeszcze trzy, mówiące w gruncie rzeczy zapewne o tym samym.  


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

wtorek, 22 marca 2016

Moja inspiracja

Często słyszę pytanie: "Co Cię inspiruje?" Powiem szczerze, że nie potrafiłam do tej pory na nie jednoznacznie odpowiedzieć. 

Źródłem moich pomysłów jest wiele rzeczy. Ulubiona piosenka, lub taka, którą niedawno usłyszałam i przypadła mi do gustu. Krople deszczu wystukujące rytmiczne brzmienie na gładkiej powierzchni okna. Uśmiech nieznajomej osoby, gdy krążę po ulicach, jak zwykle ze zwieszoną głową. Niedawno przeczytana książka, krótkie motto, które utkwiło w pamięci. 

Jednak to tylko bodźce. One mogą sprawić, że zasiądę do klawiatury. Mimo to, nie sprawią, że zacznę pisać. Chcieć, a móc to dwie zupełnie różne kwestie i już nieraz boleśnie się o tym przekonałam. Do tego, by pisać, oprócz oczywistej determinacji i chęci, potrzebna jest owa tajemnicza substancja - inspiracja. 

Co zatem mnie inspiruje? To takie proste, a zarazem przez tyle lat szukałam tego mojego sekretnego składnika. Inspiruje mnie szczęście. Gdy jestem szczęśliwa, słowa wychodzą spod moich palców, niczym nieskrępowane. Nie potrafię pisać, gdy od środka dręczy mnie coś okropnego, drąży mnie niczym wstrętny robal jabłko. Lecz, jak od każdej reguły, tak i od tej istnieje wyjątek! Tylko wiersze pisze mi się lepiej, gdy na moje czoło opadają czarne chmury.

Ciekawa jestem, co Was inspiruje do działania?


Pozdrawiam Was wiosennie, Wasza Ania!

poniedziałek, 14 marca 2016

"Smakowita Ella", Ella Woodward - recenzja

Chcę Wam dziś przedstawić bardzo apetyczną książkę! „Smakowita Ella” to książka kucharska, ale taka, w której znajdziecie przepisy zarówno smaczne, jak i zdrowe.

Ella Woodward, była modelka, jakiś czas temu zachorowała na rzadką chorobę. Kolejne terapie i medykamenty nie dawały pozytywnych efektów, a wręcz wyniszczały jej organizm. Pewnego dnia, podbudowana historią innej chorej osoby i tego, w jaki sposób wyleczyła się ona ze swojego schorzenia, postanowiła zmienić całkowicie swoją dietę. Ella zaczęła stosować dietę wegańską. Choć sama nie lubi słowa „weganizm”, dla niej to po prostu zdrowe odżywianie, oparte na naturalnych składnikach. Jak szybko się okazało, nowy styl życia wpłynął pozytywnie na jej zdrowie. Dziś Ella jest już całkiem zdrowa i próbuje zarazić innych dietą, dzięki której nareszcie może cieszyć się życiem.

Jakie przepisy znajdziecie w tej książce? Przede wszystkim bardzo łatwe do przyrządzenia. Dania na bazie składników, używanych przez Ellę, nie są skomplikowane, a niektóre wręcz śmiesznie proste! Jeśli tak jak ja, uważaliście że dieta wegańska jest nudna, to po zapoznaniu się z przepisami Elli, na pewno zmienicie swoje zdanie. Szerokie spektrum dań, od dań głównych, poprzez przystawki, soki i desery, pozytywnie mnie zaskoczyło. Mało tego, dania te przyrządza się naprawdę szybko. Nie musicie więc spędzić w kuchni połowy dnia, aby przyrządzić coś smacznego, co nie tylko będzie smakować Wam, ale także Waszym bliskim.

Jeden przepis z tej książki zaciekawił mnie tak bardzo, że postanowiłam wypróbować go w praktyce. To przepis na domowe lody. Szczerze mówiąc nie jestem mistrzynią kuchni, a już szczególnie desery nie są moją najmocniejszą stroną. Zaryzykowałam jednak i powiem Wam, że kiedy spróbowałam tego, co wspólnie z mężem (zachęcam Was do wspólnego gotowania, to naprawdę świetna zabawa) przyrządziliśmy, już nigdy więcej nie chcę jeść innych lodów!

Dlaczego akurat ten przepis wzbudził moją największą ciekawość? Otóż, jest to przepis na jednoskładnikowe lody. Dokładnie tak. Bazą są same banany, można natomiast dodać inne owoce, aby uzyskać inny smak. Nie wierzyłam, że się uda. Jeszcze w trakcie mrożenia pokrojonych bananów, jak nakazuje przepis, z niechęcią podchodziłam do całego projektu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że bananowa masa zapewnia tak świetną, gęstą bazę, że zwyczajnie niepotrzebne są żadne inne składniki zagęszczające. Lody były naprawdę pyszne! Nadal są, bo z przepisu Elli wyszły mi aż dwa pełne pudełka zamarzniętej pysznej masy. Zrobiłam lody bananowe, oraz lody malinowe. Oto efekt mojej wspólnej pracy z mężem:


Podsumowując „Smakowita Ella” to niezwykła książka kucharska, zawierająca niesłychanie proste i smaczne przepisy. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę do któregoś z przepisów i w trakcie wykonywania kolejnych dań będę odczuwać dużą radość i satysfakcję. To naprawdę świetne uczucie, kiedy wychodzi Ci coś smacznego, mimo tego, że nie posiadasz zbyt dużych umiejętności kulinarnych ;) Jednym zdaniem, polecam wszystkim!



Za książkę dziękuję wydawnictwu „Znak Literanova”.

środa, 2 marca 2016

"Tańczymy już tylko w Zaduszki. Reportaże z Ameryki Łacińskiej.", Maria Hawranek, Szymon Opryszek - recenzja

„Tańczymy już tylko w Zaduszki” to książka, której nie da się opisać w trzech słowach. Zupełnie tak, jak według autorów nie można opisać Ameryki Łacińskiej trzema przymiotnikami. Dwójka dziennikarzy podjęła próbę zerwania z obrazem „niebezpiecznego, egzotycznego, biednego rejonu świata” i udało im się to w stu procentach.

Przemierzając wspólnie z autorami kontynent Ameryki Południowej, zdobywamy wiedzę o tym nieznanym rejonie. Zaczynamy podróż od Kolumbii i regionu Antioquia, gdzie stykamy się z tajemniczą chorobą utraty pamięci przez jego mieszkańców, dziedziczonej genetycznie. Czy to zwyczajna choroba Alzheimera, czy może niespotykane fatum? Wraz z nimi odwiedzamy peruwiańskie kopalnie cennego kruszcu i dowiadujemy się, czym naprawdę jest „gorączka złota”. Poznajemy mieszkańców Nashiry, ekowioski położonej w Kolumbii, a zarządzanej i zamieszkałej przede wszystkim przez kobiety. Czy kiedykolwiek pomyślelibyśmy, że w odległej Ameryce Południowej, kojarzącej się często z tradycyjnym stylem życia, odnajdziemy kolonię opartą na regułach matriarchatu? Albo, że w Brazylii natkniemy się na sektę Santo Daime, łączącą w sobie kult bóstw kilku religii z zamiłowaniem do ayahuaski, rośliny psychoaktywnej.

W tej książce czeka nas tyle niespodzianek i nieodkrytych lądów, że szybko przestajemy utożsamiać ten region świata z biedą i „tą inną Ameryką”. Maria Hawranek i Szymon Opryszek spisali się na medal, zapuszczając się w miejsca, o których nigdy nie słyszeliśmy lub takich, o których wiedzieliśmy bardzo niewiele. Cechuje ich odwaga i pragnienie, aby własne przeżycia opisać jak najtrafniej i najbardziej wiarygodnie. Dodatkowo okrasili wszystko niezbędnymi danymi i faktami historycznymi, co sprawia, że lektura jest zarówno ciekawa, jak wciągająca. Wielkie brawa dla autorów za rzetelną i wspaniałą pracę! Sprawili, że z zaciekawieniem odkrywałam losy mieszkańców tego odległego kontynentu. Śmiało mogę powiedzieć, że „Tańczymy już tylko w Zaduszki” to reportaże przez duże „R”.


Zapewniam, że po przeczytaniu tej książki spojrzycie na Amerykę Łacińską z całkiem nowej perspektywy. To świat, w którym mieni tyle barw i tętni tak wiele dźwięków, że czytelnik zostaje w niego wessany i wcale nie ma ochoty go opuścić. 


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova"

niedziela, 14 lutego 2016

Bazgrołak na Walentynki

Kochani,

w te Walentynki chcę Wam życzyć, abyście spędzili ten dzień z kimś, kto jest dla Was najważniejszy. Pamiętajcie jednak, aby miłość okazywać sobie na co dzień, a nie tylko od święta! Chociaż ja lubię to święto :) Tak, jest kiczowate i przesłodzone, ale co z tego? To dobrze, że istnieje coś takiego jak Święto Zakochanych, należy cieszyć się z tego uczucia, które jest najważniejsze w życiu każdego człowieka! Czego Wam i sobie życzę :)

Pozostawiam Wam swojego "bazgrołaka". Myślę, że wpasuje się tematycznie w dzisiejsze święto.



"I choć to tylko"


I choć to tylko nic nie znacząca chwila.
Szept powielany na wietrze, 
którego za sto lat i tak nikt już nie będzie słyszał.

I choć to tylko kropla rosy o niedzielnym poranku.
Deszcz powielany na co dzień 
przez Boga-szamana.

I choć to tylko miłość, o której nie wie nikt,
 oprócz mnie i Ciebie.
Nadzieja powielana w nas ciągle na nowo.

To nic.

Chcę, aby to wszystko trwało.
Trwało jak najdłużej.

Chcę być widzialna tylko dla Ciebie.

30.01.2007


Moc całusów, Ania :*


czwartek, 4 lutego 2016

Nowa strona na fb

Moi drodzy,

zapraszam Was do odwiedzania założonej przeze mnie strony na fb:

https://www.facebook.com/annakucharskapisarka/?notif_t=page_fan

Długo wzbraniałam się przed tym krokiem. Trochę odstręczała mnie myśl, że mogłabym założyć swój własny fanpage... Szczerze mówiąc, ciągle czuję się z tym niejswojo. Jednak, zrobiłam to ze względów praktycznych. Nie wszystko, czym chciałam się z Wami podzielić na fb nadawało się do publikacji na moich stronach książek:

https://www.facebook.com/Ca%C5%82kiem-dobra-ksi%C4%85%C5%BCka-o-mi%C5%82o%C5%9Bci-742187249125336/

https://www.facebook.com/Numer-Telefonu-455810527913156/

A chcę się z Wami dzielić swoimi pomysłami, nadziejami, projektami nad któymi pracuję, marzeniami, sukcesami, porażkami i nie tylko... ;)

Jeszcze raz serdecznie zapraszam.

Wasza Ania :)


poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kolejny bazgrołak

"Ogień"

I choć w płomieniach
Spalam się co dzień
Wciąż na nowo
Ogień we mnie płonie

I nawet gdy go gaszę
Tą najczystszą wodą
Ze świętych źródeł
Od Boskiej Matki

W szkarłatnym ogniu płonę cała
W śpiewie Feniksa
Tym ostatnim najczystszym
Co życie stracił by powstać od nowa

Ja płonę

Porankiem ocieram popiół
Z oczu ciężkich
By nocą spłonąć 
W twych ramionach gorących

Ja płonę cała


czerwiec 2015




Kochani!

Postanowiłam podręczyć Was moim kolejnym bazgrołakiem. Ten jest dla mnie szczególny. Opisuje dokładnie to, co czuję, kiedy piszę, kiedy nie mogę pisać i kiedy myślę o pisaniu... Czy Was też spala od środka taki ogień? A, jeśli tak, to co nim jest? Jestem ciekawa Waszych odpowiedzi.


Idę płonąć, klawiatura już czeka,

Ania

piątek, 22 stycznia 2016

"Dziewczyna z portretu", David Ebershoff - recenzja

Lili narodziła się pewnego dnia w kopenhaskim mieszkaniu artystów Grety i Einara Wegenerów. Była kruchą, nieśmiałą dziewczyną o ciemnych oczach i brązowych włosach. Tego dnia po raz pierwszy dała założyć sobie sukienkę, pończochy i buty na obcasie, a do drobnej dłoni włożyć bukiecik lilii. Pozwoliła na to wszystko, spełniając prośbę Grety, aby pozowała jej do portretu. Greta nie mogła dokończyć obrazu, ponieważ klientka po raz kolejny nie stawiła się w jej pracowni. Jedno spojrzenie na Einara wystarczyło Grecie, aby przekonać się, że ze swoją niemal kobiecą sylwetką idealnie odegra kobiecą rolę. Bo to miała być rola, tymczasowa i zaraz zapomniana. Lecz tego dnia, gdy Einar po raz pierwszy włożył damskie ubrania i nieco skrępowany pozował do portretu swojej żony, w jego ciele i umyśle rozbudziło się dawno skrywane pragnienie, które z czasem miało całkowicie nim zawładnąć.
Chociaż może to zabrzmieć niefortunnie, Lili była wspólnym dzieckiem Grety i Einara, zrodzonym z jej przyzwolenia i fascynacji oraz z jego nadziei i namiętności. Lili bowiem nie mogłaby przyjść na świat, gdyby choć jedno z nich nie dało na to swojej zgody. Greta pokochała Lili od razu, niemal tak, jak w jednej chwili zakochała się w swoim przyszłym mężu kilka lat wcześniej w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie Einar był wykładowcą, a Greta jego najpilniejszą studentką. Niedługo potem los ich rozdzielił. Greta powróciła do rodzimej Kalifornii, a Einar pozostał w Kopenhadze nękany coraz większą tęsknotą za kobietą o długich blond włosach, która w jego wyobrażeniach osiągnęła ideał.
Gdy przeobrażał się w Lili, Einar nie był już sobą, lecz eteryczną dziewczyną zafascynowaną światem i możliwościami, jakie ze sobą niósł . Niedługo minęło, nim odkrył, że żyją w nim dwie osoby, które jakimś okrutnym zbiegiem okoliczności muszą dzielić jedno ciało. Coraz bardziej dojrzewała w nim myśl, że jedna z tych osób musi umrzeć, bo coraz trudniej było mu przeobrażać się raz w męską, raz w kobiecą rolę. Greta jednak, której pojawienie się Lili dodało artystycznej inspiracji i wyniosło na wyżyny malarstwa, o jakich wcześniej nie marzyła, sprawiała wrażenie, że nie przeszkadza jej dwoistość natury jej męża. Ale wszystko ma swój kres i w końcu i ona zaczęła rozumieć, że jej mąż jest z dnia na dzień coraz bardziej nieszczęśliwy. Postanowiła skupić się na tym, aby zaznał szczęścia.
W dniu, w którym umarł Einar Wegener, a w jego miejsce ostatecznie narodziła się Lili Elbe, w niemieckiej klinice dla kobiet, Greta i Lili, choć nie powiedziały sobie tego wprost, zrozumiały, że dzień, w którym każda z nich pójdzie w swoją stronę zbliża się coraz bardziej. Obie bały się tego, ale nie miały wątpliwości, że ta chwila w końcu nastąpi.

Ta książka wzbudziła we mnie wiele emocji i nauczyła pokory wobec spraw, których nie rozumiem. Tak, nie boję się przyznać, że nie rozumiem dwoistej natury Einara Wegenera i powiem więcej, mam nadzieję, że nigdy jej nie pojmę, ponieważ takie życie wydaje mi się po prostu dramatyczne. I choć po drugiej stronie tęczy na Lili Elbe czekało nowe, piękne i pełne życie, to doświadczenia, jakie musiał przeżyć Einar napawają mnie lękiem. Nie do końca rozumiem też postępowanie Grety, która szczęście swojego męża stawiała ponad własne. Z mojego punktu widzenia małżeństwo wygląda zupełnie inaczej, bardziej jako partnerstwo i obustronne zabieganie o siebie małżonków. Gdy tylko jedno z nich pielęgnuje miłość, ona szybko zgaśnie.
Jednak, kiedy już sądziłam, że poznałam dobrze charaktery i postępowanie głównych bohaterów, oni robili lub mówili coś, co kazało mi wstrzymać się z wydaniem osądu. To takie łatwe, oceniać innych z własnej perspektywy, myślałam w takich momentach, nie będąc w stanie nigdy zrozumieć ich postępowania. Pokora. Tego nauczyła mnie lektura tej książki. A także wstrzemięźliwość w wydawaniu osądów. Dlatego nie chcę ich oceniać, opinie pozostawiam innym. Ja, poznając ich historie, zżyłam się z nimi, jak z przyjaciółmi i nie potrafię wydawać o nich sądów. Teraz, świeżo po skończonej lekturze, czuję się jak jedno z ich znajomych, delikatnie obserwujący ich losy i powstrzymujący się przed wydaniem wyroku, który mógłby zabić ich wrażliwe dusze.

„Dziewczyna z portretu” to książka nietypowa, zarówno jeśli chodzi o fabułę, jak i uczucia, które wzbudza. Napisana pięknym, choć przystępnym językiem, porusza tematy trudne, obok których nie można przejść obojętnie. Zaskakująca, wciągająca i angażująca czytelnika. Jeśli macie ochotę zmierzyć się z własnymi uprzedzeniami (jeśli je posiadacie), dać się zaskoczyć przez głównych bohaterów, przeżyć z nimi wspólnie rozterki, utrapienia, ale również chwile szczęścia i miłości, to ta książka w stu procentach spełni Wasze oczekiwania.

UWAGA: nie sięgajcie po „Dziewczynę z portretu”, tylko dlatego, że powieść została niedawno zekranizowana. Ta książka nie należy do łatwych i musicie być gotowi na przemyślenia, jakie w Was wzbudzi.



Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

piątek, 1 stycznia 2016

Szczęśliwego Nowego Roku!

Drodzy,

w tym nowym 2016 roku życzę Wam spełnienia większości marzeń. Nie wszystkich, bo kiedy spełnią się wszystkie, to o czym będziecie jeszcze marzyć? :) Zdrowia, uśmiechu, miłości i zadowolenia! Przede wszystkim jednak życzę Wam wspaniałych lektur w 2016 roku, aby Wasz rok obfitował w niezapomniane przeżycia, emocje i przygody! :)

PS: Dziękuję wszystkim, którzy w 2015 roku zdecydowali się sięgnąć po którąś z moich książek. Doceniam Was wszystkich i to dla Was chcę pisać coraz lepiej! :)

Ania :)