piątek, 11 grudnia 2015

Podziękowania za spotkanie w Nisku :)

Kochani!


Wczoraj w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Nisku odbyło się spotkanie, promujące "Numer telefonu". Serdecznie dziękuję za tak liczne przybycie, które trochę odjęło mi mowę ;) Dziękuję również wszystkim pracownikom biblioteki, dzięki którym możliwe było zorganizowanie spotkania. Mam nadzieję, że nie ostatniego! :)

Poniżej podaję linki, pod którymi znajdują się małe podsumowania wczorajszego wydarzenia:



Pozdrawiam ciepło,

Ania :)

środa, 2 grudnia 2015

Spotkanie w Nisku, 10. 12.2015

Moi drodzy!

Miło mi zaprosić Was na moje spotkanie autorskie, promujące książkę "Numer telefonu"! Spotkanie odbędzie się 10.12.2015 w czwartek o godzinie 18:00 w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Nisku przy ulicy Kościuszki 1a.


Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam!

Ania :)

czwartek, 29 października 2015

"Nic bardziej mylnego!", Radosław Kotarski - recenzja

„Nic bardziej mylnego!” to książka, która obala krążące w społeczeństwie mity i miejskie legendy, nie pozostawiając na nich suchej nitki. Radek Kotarski, znany youtuber podjął się tego zadania i wykonał je dobrze. Miałam nadzieję, że książka okaże się papierowym bliźniakiem programu telewizyjnego „Pogromcy mitów”, którego jestem fanką. Chociaż treść książki w istocie obalania mitów stanowi pewne podobieństwo do wspomnianego programu, to już technika rozprawiania się z mitami jest tutaj zupełnie inna. Kotarski przedstawia naukowe fakty i historyczne podania, które potwierdzają jego hipotezy. Mimo że dzięki takiemu podejściu książka jest rzetelna, to zabrakło mi jakiegoś wkładu własnego autora. Być może oczekiwałam, że samodzielnie podejmie się wykonania eksperymentów, dążących do zadania kłamu mitom, tak jak uczynili to twórcy „Pogromców mitów”.

Książka składa się z sześciu części, z których każda porusza inne zagadnienia. Najbardziej zaciekawiła mnie część zatytułowana „Wielki pogrom mitów popkultury”, natomiast rozdział który szczególnie przypadł mi do gustu to „Wojna o Mikołaja”. Dowiadujemy się z niego, że to nie koncern coca-coli stworzył wizerunek dobrotliwego grubasa z długą brodą, ubranego w biało-czerwone szaty. Z innych części książki dowiemy się między innymi o tym, że nietoperze wcale nie są ślepe; wcale nie musi minąć 24/48 godzin, aby zgłosić zaginięcie osoby, a Zawisza Czarny niekoniecznie zawdzięcza swój przydomek zbroi w ciemnym odcieniu.

To dobrze napisana książka, jednak nie mogę nie wspomnieć o jedynym niuansie, który przeszkadzał mi podczas lektury. Mianowicie autor używa powtórzeń pewnych zwrotów i słów, takich jak „mit można włożyć między bajki” i „sic!” (to dwa przykłady, które najbardziej zapamiętałam), które są drażniące. Jednak nie jest to aż tak istotny szczegół, który mógłby zepsuć dobrą całość.


Jest to książka dla osób ciekawych, a nawet powiedziałabym ciekawskich, które nie boją się zadawać pytań i pragną zmierzyć się z kulturowymi, nierzadko nieprawdziwymi podaniami. Dlatego polecam tę pozycję wszystkim, w których tli się detektywistyczna iskierka oraz tym, którzy chcieliby sięgnąć po coś relaksującego. Przy „Nic bardziej mylnego!” osobiście bawiłam się bardzo dobrze i nieraz ze zdziwienia przecierałam oczy, że pewne utarte frazeologizmy wcale nie muszą mieć potwierdzenia w rzeczywistości.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova"

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Numer telefonu", czyli burzliwa historia pewnej książki...

Kochani!

Pozwólcie, że przedstawię Wam historię pewnej książki.

W 2011 roku postanowiłam napisać książkę. Jednak, kiedy praca nad tekstem nie szła mi tak, jak tego sobie życzyłam, odrzuciłam projekt. Później przyszedł mi do głowy inny pomysł, więc szybko uporałam się z tym niechcianym i zabrałam do pracy nad drugą książką.

Ku mojemu zdumieniu to ta druga książka, a nie pierwsza została wydana. Tak więc w styczniu 2014 roku ukazał się mój debiut - "Całkiem dobra książka o miłości". Wtedy w mojej głowie pojawiła się pewna myśl: "Spróbuję wydać też tę pierwszą!" Z takim postanowieniem zaczęłam rozsyłać swoją propozycję wydawniczą do kilku wydawnictw. Nie liczyłam na nic, chciałam zwyczajnie spróbować swojego szczęścia. 

W wakacje zeszłego roku znowu przyszło mi się zdziwić: ktoś chciał wydać moją pierwszą książkę. Jednak warunek był jeden: miałam poprawić ją tak, aby zwiększyć jej objętość. Przez parę miesięcy pracowałam nad tekstem. Kiedy ukończyłam, ta książka wyglądała całkiem inaczej niż na początku. Co więcej, dopiero teraz napisany tekst mnie satysfakcjonował. Wysłałam więc książkę ponownie do wydawcy. Co się okazało, musiałam wprowadzić jeszcze parę poprawek. Zrobiłam to i znów po jakimś czasie wysłałam swój tekst.

Na odpowiedź od wydawcy musiałam chwilę poczekać. Niestety, wydawca nie był już zainteresowany tym projektem. Byłam podłamana, myślałam: "Co zrobiłam nie tak?" 

Trochę to trwało, ale w końcu zebrałam się w sobie i znów postanowiłam wysłać mój projekt do paru wydawnictw. I tak, w czerwcu tego roku dostałam propozycję współpracy od Wydawnictwa "Videograf". Tym samym mogę Wam przedstawić moją drugą książkę!


"Numer telefonu" będzie miał swoją premierę 31 sierpnia! Zapraszam wszystkich zainteresowanych do księgarni! 

W poniższym linku znajdziecie więcej informacji na temat książki:





czwartek, 6 sierpnia 2015

Zapowiedź-podpowiedź :)

Moi drodzy,

dzisiejszy post jest trochę dziwny... Mam dla Was zapowiedź-podpowiedź ;) Ale o co chodzi? Kto zgadnie?






It's been a while
I know I shouldn't have kept you waiting
But I'm here now

I know it's been a while
But I'm glad you came
And I've been thinking 'bout
How you say my name
You got my body spinning
Like a hurricane
And it feels like
You got me going insane
And I can't get enough
So let me get it up

Ooh, looks like we're alone now
You ain't gotta be scared
We're grown now
I'm a hit defrost on you
Let's get it blazin'
We can turn the heat up if you wanna
Turn the lights down low if you wanna
Just wanna move you
But you're frozen
That's what I'm saying

Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel
Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel

So are you warming up yet?

You got me hypnotised
I never felt this way
You got my heart beating like an 8O8
Can you rise to the occasion?
I'm patiently waiting
Cause it's getting late
And I can't get enough
So let me get it up

Ooh, looks like we're alone now
You ain't gotta be scared
We're grown now
I'm a hit defrost on you
Let's get it blazin'
We can turn the heat up if you wanna
Turn the lights down low if you wanna
Just wanna move you
But you're frozen
That's what I'm saying

Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel
Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel

I like this part
Feels kinda good
Yeah

Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel
Let me break the ice
Allow me to get you right
But you warm up to me
Baby I can make you feel
Hot Hot Hot Hot

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Baja na Dzień Dziecka :)

Kochane dzieci! :)

Z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim, dzieciom małym i dużym:
- codziennego odkrywania jaskini, w której ukryte są skarby
- pokonania smoka i uwierzenia we własne siły
- wiary w magię i siłę marzeń
- radości z najmniejszej przyczyny
- najlepszej zabawy, nawet wtedy, gdy pada deszcz
- nieskończonej ilości słodyczy
- słońca w każde wakacje

Do życzeń dołączam moją bajkę:



DLACZEGO ŻABKI KUMKAJĄ?

- Mamusiu, dlaczego my kumkamy? – spytała mała żabka mamy żaby.
Mama żaba odpowiedziała:
- Żabki kumkają, bo kiedyś nasza praprababka zakochała się. Ale to bardzo długa historia.
Mała żabka odrzekła na to:
- Nic nie szkodzi, mamusiu. Proszę, opowiedz mi o naszej praprababci.
- No, to posłuchaj – rzekła mama żaba. – Było to bardzo dawno temu, a działo się w takim samym stawie, w jakim i my mieszkamy. Nasza praprababka wiodła szczęśliwe życie. Lubiła skakać po liliach wodnych i łapać muchy językiem. Żaby w stawie, jej najbliższa rodzina, bardzo ją kochały, jednak miały z nią wielki kłopot. Ponieważ nasza praprababcia nie chciała nigdy wyjść za mąż. Kiedy ktoś pytał się jej o zamążpójście, odpowiadała: Ja nigdy nie wyjdę za mąż. Gdy zaś pytano się jej dlaczego, zwykła mawiać: Musiałabym najpierw spotkać chyba księcia z bajki. Niestety wszystkie żaby, które poznałam, są po prostu żabami.
Pewnego razu nad staw przybyli ludzie, którzy trzymali w rękach małe klatki. Kiedy je otworzyli, wyskoczyły z nich żaby. Ale nie były to żaby takie, jak w stawie. Te żaby były żółte i o wiele mniejsze od zielonych żab. Ludzie wpuścili do stawu dziesięć takich żab i poszli. Nasza praprababka była zachwycona tym, że widzi żółte żaby, bo przez całe swoje życie widziała tylko te zielone.
Nowe żaby szybko zaprzyjaźniły się z pozostałymi mieszkańcami stawu. Szybko też okazało się, że nowe żabki mają wiele talentów.
Jedna żabka umiała pięknie śpiewać.
Druga znała pięć języków – polski, angielski, francuski, hiszpański i włoski.
Trzecia potrafiła łapać na język po trzy muchy na raz.
Czwarta potrafiła liczyć do kilku milionów.
Piąta tańczyła wyśmienicie.
Szósta umiała grać na liściach takie melodie, że gdy grała, cały staw słuchał tylko jej.
Siódma dawała najlepsze rady na świecie, które zawsze się sprawdzały.
Ósma potrafiła rysować na piasku wspaniałe obrazki.
Dziewiąta posiadała dar leczenia chorych żabek.
I ostatnia, dziesiąta miała dar do opowiadania pięknych bajek.
I właśnie w tej dziesiątej zakochała się twoja praprababcia. Od tamtej pory, ona i jej wybranek serca spędzali ze sobą każdą wolną chwilę razem. Pokochali się bardzo i chcieli się pobrać. Jednak mama żaby nie chciała nawet o tym słyszeć. Nie chciała mieć za zięcia obcokrajowca. Praprababcia smuciła się tym ogromnie, ale wkrótce ona i żółta żaba wpadli na pewien pomysł. Postanowili uciec ze stawu, wziąć ślub i założyć rodzinę z dala od domu.
Pewnego dnia tak ze sobą rozmawiali: 
- Musimy uciec jutro o świcie – powiedziała praprababka. 
- Tak, jutro o świcie już nas tu nie będzie – odparła żółta żaba. 
Niestety całą rozmowę podsłuchiwała wścibska, stara żaba. Była ona ciotką naszej praprababki i była znana z tego, że uwielbiała plotkować. Ciotka – plotkara zaniosła wieści mamie twojej praprababci. Mama zdenerwowała się i stwierdziła, iż coś z tym trzeba zrobić.
Nazajutrz praprababcia czekała o świcie na swojego ukochanego, ale on się nie zjawił. Zaczęła go wołać, ale nic to nie dało. W pewnym momencie dostała czkawki, ale nie przestała swojego wołania. Zaczęła kumkać: Kum, kum, kum, kum! Od tej pory właśnie żabki kumkają.       
Mała żabka zrobiła wielkie oczy i spytała:
- Mamusiu, ale co się stało z żółtą żabą?
- A żółta żaba została zagadana po drodze przez żabę – plotkarę. Jednak wieczorem żaby spotkały się i opuściły wspólnie staw. Wprawdzie mama żaba nie była z tego zadowolona, ale kiedy usłyszała kumkanie swojej córki, przestraszyła się i zrozumiała, że prawdziwej miłości nic nie pokona.
- I żyli długo i szczęśliwie? – spytała mała żabka.
- Tak, a ty jesteś ich praprawnuczką, kum, kum! – wykumkała mama.


PS: Jakie jest Wasze najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa? Ja mam takich wiele. Jednak chyba jednym z najbardziej magicznych, jakie zapamiętałam, było pierwsze w życiu wyjście do kina! Tata zabrał mnie i moją siostrę na projekcję filmu "Niekończąca się opowieść". To była druga lub trzecia część tej trylogii, dokładnie nie pamiętam, ale dokładnie zapamiętałam tę magię. To chyba właśnie wtedy pokochałam jeszcze mocniej baśnie i uwierzyłam, że nie ma rzeczy niemożliwych! Dlatego pozostawiam Wam jeszcze piosenkę  z filmu mojego dzieciństwa:




Pozdrawiam Was ciepło!
Ania :)

piątek, 29 maja 2015

"Chory" list i "kawałek" mnie

Kochani!

Ostatnio bardzo często choruję. Powiem szczerze, że już mam dość. Niedawno znowu dopadło mnie choróbsko, to już drugi raz w tym miesiącu. I choć kiedyś pisałam na tym blogu, że "nie dla mnie chorobowe", to przyszedł taki czas, że musiałam powiedzieć sobie "stop". Nie napisałam niczego od, bodajże dwóch tygodni i jest mi z tym źle, ale zwyczajnie nie miałam na to siły. Czasami podejmujemy w życiu takie decyzje, których skutki ciągną się za nami jeszcze długo... Niestety, i ja również podjęłam parę miesięcy temu taką decyzję, nieświadoma tego, co za sobą pociągnie. Ten skutek to moje ciągłe choroby, które są wynikiem obniżonej odporności. Ale, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni! :) Na całe szczęście dziś poczułam się już lepiej, dlatego postanowiłam wstąpić tutaj na chwilę.

Kiedy przedstawiałam się Wam na tym blogu, poinformowałam Was o tym, że piszę również wiersze. Ba, moja przygoda z pisaniem rozpoczęła się właśnie od wierszy, które czule nazywam "bazgrołakami" :) Prawda, że ładnie? :) Pamiętam, że od zawsze miałam poupychane byle jak i byle gdzie te moje zanotowane karteluszki. Do czasu, gdy dwa lata temu wyszłam za mąż i zamieszkałam razem z Łukaszkiem. Wtedy on, z czułością i szacunkiem, jakich nigdy nie zapomnę, wziął ode mnie te świstki i powkładał do segregatora, tak żebym już zawsze miała do nich łatwy dostęp.
Od dawna chodziło za mną takie pragnienie, żeby podzielić się z Wami właśnie tą cząstką mnie. Jednak bałam się. Dlatego, że poezja ma to do siebie, że sięga gdzieś głębiej, jest jakby osobistą spowiedzią, czymś co dotyka najbardziej intymnych części ducha. Jednak, nareszcie postanowiłam się przełamać i choć lękam się, jak odbierzecie to moje nieznane dotąd wcielenie, pragnę Was z nim zapoznać. "Bazgrołaki" są najbardziej prywatną częścią mnie i dzisiaj chcę Wam ją zaprezentować. Chyba pora, aby wyjść z cienia. Do tej pory publikowałam kilka swoich wierszy na forach poetyckich, ale nigdy nie przełamałam się, żeby uczynić to tak "wprost", "nieanonimowo". Dzisiaj nadszedł ten czas i muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się, że ten moment będzie dla mnie aż tak ważny.


"Ja-"


Ja-błonie w sadzie kwitną jak nigdy przedtem.

Ja-kiś ptak usiadł wśród konarów jednej z nich.

Ja-rzębinę trzyma w dziobie, gdzieś ją dopadł skubany.

Ja-śmin pachnie niepokornie, ptakom dziwnie ślepia łzawią.

Ja-kby coś upadło z nieba, taka burza nadciąga.

Ja-łowe pola tej wczesnej wiosny, niedojrzałe kłosa drżą od niebiańskich grzmotów.

Ja-bym nie zaryzykowała siadania pod drzewem w takiej chwili, tak jak te głupie myszy.


10.06.2012

piątek, 24 kwietnia 2015

"Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji", Anna Wojtacha - recenzja

            „Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji” to relacja korespondentki wojennej Anny Wojtacha z kraju, który nam – Polakom, kojarzy się raczej z Sierpem i Młotem, niż z ludźmi, którzy w nim żyją na co dzień. Autorka, od lat jeżdżąca w najodleglejsze zakątki Rosji, postanawia zerwać z tym schematem. Zakochana w tamtejszej kulturze i ludziach, pragnie opowiedzieć nam historie, które jej zdaniem najlepiej odzwierciedlają tamten, nieraz dla nas niezrozumiały świat. Są to historie ludzi zwykłych, a przy tym jak najbardziej nietuzinkowych. Tych, których poznała na swojej drodze i którzy okazali jej serce.
            Każdy z bohaterów inaczej widzi swoją ojczyznę. Z punktu widzenia oficera Specnazu Rosja wygląda zupełnie inaczej, niż z perspektywy czeczeńskiego uchodźcy. Każda z tych osób nosi w sobie swoją własną ideę, za którą mogłaby oddać naprawdę wiele. Jest to osobista idea i z jako taką trudno dyskutować. Czy to oznacza, że autorka bezkrytycznie odbiera Rosję i jej mieszkańców? Absolutnie, nie. Wojtacha, jak reszta bohaterów jej książki, posiada swoją wizję świata, dobra i zła, których trzyma się kurczowo, podobnie jak osoby, których historie opowiedziała w swojej książce. Poprzez każdą napotkaną osobę, autorka odnajduje w sobie nowe pokłady zrozumienia dla odmienności poglądów oraz niezrozumienia dla kraju, w którym piękno miesza się z terrorem, a bogactwa Ermitażu z biedą miasteczka z pod mongolskiej granicy.
            Tu wszystko zdaje się funkcjonować „nie tak, jak powinno”, jednocześnie niewyobrażalne jest, aby było inaczej. W książce pada kilka bardzo trafnych określeń, że „Rosja to stan umysłu” lub że jest „kapryśną damą”. Gdzieś w połowie tej niezwykłej podróży odkrywamy, że autorka, choć bardzo tego pragnie, nie rozumie do końca Rosji. Nie potrafi pogodzić się z „caratem Putina”, czy z wojną rosyjsko-czeczeńską, która w jej oczach jawi się jako zwyczajne okrucieństwo, którego nie da się wytłumaczyć żadną, nawet najbardziej wzniosłą ideą. Jednak okazuje się, że i sami Rosjanie nie pojmują często własnego kraju, dlatego nikt z nich nie oczekuje tego od dziennikarki z Polski.
            Historie opisane w tej książce są niesamowite. Stają się takie jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że przydarzyły się naprawdę. Autorka opisuje wszystkie wątki z dużą dozą zaangażowania, tak aby czytelnik poczuł jej emocje, które towarzyszyły jej, gdy spotkała na swojej drodze ludzi, których pokochała. I udało jej się to w stu procentach. Gdy czytałam tę książkę czułam zarówno jej radość, jak i rozterkę, kiedy zakochała się w mężczyźnie, w którym nie powinna była się zakochać. Byłam z nią, gdy zwiedzała Moskwę w towarzystwie sympatycznej dziewczyny, która uprawiała najstarszy zawód świata i czułam jej rozpacz wywołaną tym, że pragnie pomóc przyjaciółce, ale nie może. Bowiem, nie można nikogo do niczego przymusić, nawet jeżeli nasze intencje są dobre.

            Książka pełna emocji. Wstrząsająca, dająca do myślenia. Jednym słowem, warta przeczytania. Chociażby z tego powodu, abyśmy zrozumieli, jak niewiele różnimy się od siebie nawzajem i chociaż na świecie żyje mnóstwo ludzi, mamy podobne problemy, a nawet wspólną wizję świata. Problem w tym, że niestety często nie potrafimy popatrzeć dalej, niż własne „podwórko”. Ta powieść jest wspaniałą szansą, byśmy wreszcie się na to odważyli.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova"

niedziela, 19 kwietnia 2015

"Razem będzie lepiej", Jojo Moyes - recenzja

            Zabawna i smutna zarazem: powieść w najlepszym wydaniu. Taka opinia, zaczerpnięta z magazynu „Marie Claire” widnieje na okładce powieści Jojo Moyes „Razem będzie lepiej”. Sięgając po tę książkę, sądziłam że jej lektura będzie łatwa, lekka i przyjemna. Myślałam, że to tego typu książka, dzięki której odpocznę, przyjemnie spędzając wolny czas. Nie sądziłam, że zajmie mi ponad tydzień, zanim skończę ją czytać. I to wcale nie dlatego, że książka mnie nudziła, ale wręcz przeciwnie. Podczas czytania musiałam robić sobie dłuższe przerwy, bo emocje jakie mi wówczas towarzyszyły były ogromne…
            O czym mówi ta książka? Jest to opowieść o nie do końca standardowej rodzinie, której głową jest Jess – niepoprawna optymistka, która wszelkimi sposobami próbuje utrzymać rodzinę, podczas gdy jej mąż od dwóch lat walczy z rzekomą depresją w ciepełku matczynego domu. Warto nadmienić, że od tego czasu nie interesuje się swoimi dziećmi, ani finansowo, ani w ogóle. W skład rodziny wchodzi także dziesięcioletnia Tanzie o nieprzeciętnych jak na dziesięciolatkę zainteresowaniach matematycznych, pasierb Jess, Nicky – nastolatek niedopasowany społecznie oraz wielki śliniący się pies Norman, który jeszcze pokaże, że drzemie w nim prawdziwy bohater. Nie tak daleko od nich, bowiem w rodzinnej miejscowości Thomasów, swój osobisty dramat przeżywa Ed Nicholls. Do niedawna dobrze sytuowany i zdolny informatyk, dziś człowiek, nad którym wisi widmo więzienia.
            W zaskakujących okolicznościach los postanawia złączyć te dwa, zdawałoby się zupełnie różniące się od siebie światy.
            Tanzie, córka Jess, której zdolności matematyczne są ponadprzeciętne, otrzymuje szansę na naukę w dobrej prywatnej szkole. Mimo, że oferowane przez placówkę stypendium jest bardzo wysokie, to i tak Jess nie stać na posłanie tam dziesięciolatki. W tym ciemnym tunelu zapala się jednak nikłe światełko. Okazuje się, że W Szkocji jest organizowany konkurs matematyczny, gdzie główną nagrodą jest pula pieniędzy, dzięki którym marzenie Tanzie o pójściu do szkoły im. Świętej Anny mogłoby stać się faktem. Jednak problemem w dalszym ciągu jest podróż do innego kraju, bowiem finansowo przekracza ona budżet Jess.
            Zdesperowana, lecz ciągle z pozytywnym nastawieniem, pewnego wieczora Jess wyjeżdża z garażu starym rolls-roycem męża, upychając do środka całą rodzinę i niewielki bagaż. Niestety, auto okazuje się być, powiedziawszy wprost, zdezelowanym rzęchem, a i zdolności do prowadzenia pojazdu przez Jess pozostawiają wiele do życzenia. Kiedy, więc samochód rozkracza się na środku drogi, nie minąwszy nawet granicy małego Beachfront, a policjanci o nieugiętych karkach wypisują kobiecie mandat i oczywiście są zmuszeni zabrać ze sobą nie ubezpieczony samochód, kobieta sądzi, że oto zaprzepaściła wszystkie szanse, jakie otrzymała od wszechświata, nie tylko jej córka, ale też cała rodzina. Nieoczekiwanie ten wszechświat zsyła swoją pomoc w postaci Eda Nichollsa. Oferuje on rodzinie, że zawiezie ich do Szkocji. Szczerze mówiąc, Jess nie jest zadowolona z tego faktu. Jako sprzątaczka, miała wątpliwą przyjemność pracowania u mężczyzny. Natomiast jako barmanka na drugą zmianę, miała taką samą przyjemność zaniesienia mu pomocy w postaci podwiezienia nietrzeźwego mężczyzny do jego własnego domu, taksówką znajomego. Przy okazji, nie potrafiła się powstrzymać przed zabraniem czegoś, co należy do Eda, i choć wie, że to nieuczciwe, widzi w tym nikłą szansę dla siebie i jej rodziny.
            A teraz on stoi w drzwiach jej domu i z niezręczną miną oczekuje, aż cała jej rodzina wejdzie do jego nowiutkiego Audi. Jess czuje się jeszcze gorzej, na wspomnienie o tym, że bezprawnie posiadła coś, co należy do niego. Podejmuje jednak decyzję, że odda mu wszystko. Lecz ten moment zostaje odwleczony w czasie. Zaś przez najbliższe kilka dni (ponieważ Tanzie cierpi na chorobę lokomocyjną i auto nie może poruszać się ze większą prędkością) spędza w samochodzie nieznanego jej mężczyzny, który z minuty na minutę okazuje się być całkiem inny niż przypuszczała.
            Kiedy emocjonująca podróż do Szkocji, w trakcie której między innymi Jess dowiaduje się, że Marty – jej mąż, ma nową rodzinę, a Ed zaprzyjaźnia się z jej dziećmi, dobiega końca, między tą dwójką wszystko zdaje się mieć dopiero jasny, wspólny początek. Jess zapomniała już o własności Eda i to wszystko komplikuje sytuację między nimi. Ale, czy będą w stanie zapomnieć o tym, co złe i zauważyć, że jeśli tylko będą wszyscy razem – Jess, Ed, Nicky, Tanzie i wielki pies Norman, wszystko będzie dobrze?
            Nie wstydzę się – płakałam, gdy czytałam tę książkę. I tak, nieraz roześmiałam się na głos. To wszystko przydarzyło mi się naprawdę, gdy czytałam książkę o pięknym tytule „Razem będzie lepiej”. I nie wiem, szczerze nie wiem, jak przetrwam ten strasznie długi czas, kiedy jesienią tego roku, wydawnictwo „Między Słowami” wypuści na rynek najnowszą powieść Jojo Moyes.

            „Razem będzie lepiej” jest właśnie ekranizowane. I niech mnie wszystko, nie powiem co, jeśli nie pójdę na premierę!


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Między Słowami".

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nowa umiejętność ;)

Witam Was, kochani :)

Niedawno pisałam na tym blogu, że nie potrafię pisać kilku tekstów na raz. Nie sądziłam, że to się wydarzy, a jednak czasem niemożliwe staje się możliwe, i posiadłam tę umiejętność ;) No, tak. Ja wiem, że dla niektórych z Was brzmi to zabawnie, ale dla mnie to był odwieczny dylemat. Kiedy zaczynałam pisać jakąś powieść, już miałam w głowie kolejną... To było takie irytujące. Spieszyłam się, żeby skończyć tę poprzednią, bo już nie mogłam się doczekać, żeby zacząć następną. To rodziło we mnie frustrację, bo nie mogłam zacząć pisać czegoś nowego, jeśli nie miałam skończonego poprzedniego projektu. Wydawało mi się, że jeżeli skończę pisać niedokończony tekst, on zwyczajnie "umrze", bo już nie będę potrafiła do niego wrócić. I przyznam, że mam sporo takich niedokończonych tekstów. To mnie denerwuje.

Ale, jak już napisałam wyżej, stało się coś niemożliwego ;) Posiadłam wreszcie tę umiejętność i obecnie pracuję nad czterema projektami na raz. Także, pracy mam sporo, ale to mnie cieszy.

Myślę, że do zdobycia przeze mnie tej nowej umiejętności przyczyniły się dwa czynniki. Pierwszym czynnikiem była silna tęsknota za pisaniem. Przez jakieś pół roku nie pisałam zbyt dużo, bo nie miałam na to zwyczajnie czasu, a gdy znalazł się czas, często brakowało mi sił. To sprawiło, że doceniłam pisanie jeszcze bardziej i teraz staram się wykorzystywać na to każdy dzień. Drugim natomiast czynnikiem był fakt odrzucenia mojej książki przez wydawnictwo. Chwilkę byłam tym podłamana, ale potem pomyślałam sobie, że to oznacza tylko tyle, że muszę pracować jeszcze więcej i nie poddawać się. Być może było we mnie za mało chęci, zbyt mało szczerości i serca wkładanego w tekst, który pisałam (niewątpliwie było to podyktowane czynnikiem pierwszym, ale nie mogę siebie oszukiwać - to nie jest wytłumaczenie). Teraz wiem, że 100 % to za mało. Bo jeśli się coś bardzo kocha, coś takiego jak procent, czy jakakolwiek inna skala, nie istnieje.

PS: Jak czujecie się wraz z nadejściem wiosny? :) Ja czuję się cudownie, w końcu to moja ulubiona pora roku :)
Rawka Mała, 2011 r. *
Rawka Wielka, 2011 r. *

Pozdrawiam Was słonecznie :)

* Zdjęcia są mojego autorstwa.

czwartek, 26 marca 2015

"W cieniu", A.S.A. Harrison - recenzja

Sięgając po tę książkę, byłam zafascynowana tym, co wedle recenzji miała mi do zaoferowania. Z czystym sumieniem muszę powiedzieć, że nie zawiodłam się i jej lektura podarowała mi nawet więcej, niż zakładałam.
„W cieniu” to opowieść o pozornym szczęściu i bezpieczeństwie, budowanych od lat przez parę niczym nie wyróżniających się osób – Jodi i Todda. Ich związek już od dawna nie jest tym, czym był niegdyś, ale wypracowana wspólnie stabilizacja trzyma ich ze sobą w ryzach, których żadne z nich nie potrafi i nie chce zerwać.
Jodi jest psychologiem, a jej poczucie szczęścia sprowadza się do dobrze uporządkowanego domostwa, lojalności wiernego psa oraz, co najważniejsze, poczuciu że jej partner należy tylko do niej. To nie jest tak, że żyje złudzeniami. Jodi wie, że Todd miewa kochanki, ale ta przymyka oko na jego skoki w bok, ponieważ wie, że żadna z tych kobiet nie jest w stanie zająć jej miejsca. Jodi zdaje się cieszyć to poczucie wyższości nad innymi, potencjalnymi rywalkami. Ona zwyczajnie wie, że żadna nie będzie w stanie zaoferować temu mężczyźnie tego, co Jodi daje mu na co dzień. Być może ich wspólne życie nie jest tak ekscytujące, jak na początku znajomości, ale to ona, Jodi Brett, którą wszyscy mylnie biorą za panią Jodi Gilbert, stanowi jego ostoję, której tajemnica tkwi w zachowaniu przez niego niezależności. Nie spodziewa się więc tego, że nastąpi taki dzień, kiedy spadnie z piedestału, a na jej miejscu pojawi się inna, młodsza i bardziej atrakcyjna. Do tego wszystkiego dochodzi kwestia, której Jodi nie jest w stanie ignorować. To problem zabezpieczenia finansowego, które od dwudziestu lat zapewnia jej Todd. Teraz to wszystko ma się skończyć, bo jej Todd ma zamiar ułożyć sobie życie z inną.
Todd jest odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą, któremu koledzy zazdroszczą takiej żony, jaką jest Jodi – pięknej kobiety z klasą, szanującej jego poczucie niezależności. Ta suwerenność jest dla Todda wyznacznikiem jego sukcesu. Jednak, aby ciągle przeć naprzód Todd do życia potrzebuje środków stymulujących. I od tychże środków oczekuje, że dodadzą mu hartu ducha, który popchnie go do osiągania coraz śmielszych celów. Mężczyzna zrzuca odpowiedzialność za swoje życie na inne osoby. Zdaje się, że wszystko co dzieje się w jego życiu nie jest zależne od niego samego, ale popędzane lub wstrzymywane przez zewnętrzną siłę, która przybiera coraz to inne kształty i imiona. Todd łudzi się, że każda kolejno spotkana kobieta okaże się wróżką, która odmieni jego żywot i niepowodzenia.
Mimo, że ich wspólne życie obumiera, Jodi i Todd łączy więcej niż przypuszczają. Bolesne wspomnienia z dzieciństwa i fakt budowania emocjonalnego muru wokół siebie. Jednak każde z nich radzi sobie ze swoimi problemami na swój sposób. Ona zaciera i zakłamuje rzeczywistość, wierząc naiwnie w to, że jeśli stwierdziła, że coś nie miało miejsca, to faktycznie tak było. On natomiast uzewnętrznia się i w każdej napotkanej kobiecie szuka ciepłych ramion matki, którą kocha równie mocno, jak nienawidzi. Ona wierzy, że mimo wszystko jest ciągle jego muzą, kobietą która jako jedyna potrafi go wybawić z mroków jego przeszłości i zapewnić mu bezpieczeństwo, jakiego pragnie. Jednak ona nie wie, że jest jedynie jednym z czynników stymulujących jego chęć do życia i kiedy ten czynnik zdaje się nie zaspakajać jego emocjonalnych potrzeb, znajduje sobie nowy. On natomiast nie zdaje sobie sprawy z tego, że z biegiem lat dla niej coraz bardziej liczy się jej własny hermetyczny świat, w którym rządzą mieszkanie z pięknym widokiem na jezioro, oraz wspaniałe rzeczy wypełniające jej osobistą przestrzeń. Ona kocha tę twierdzę, twierdzę zbudowaną w znacznej części za jego fundusze, bardziej niż kocha jego samego. Więc w momencie, kiedy on chce jej to wszystko odebrać, ona musi się bronić. Przecież nie po to przez tyle lat była tak wyrozumiała wobec niego, żeby teraz jakaś małolata miała jej to wszystko odebrać. Nie dlatego troszczyła się o niego, aby teraz on mógł jej zabrać ten azyl – mieszkanie, w którym przez tyle lat czuła się szczęśliwa. Wobec tego musi powziąć jakieś kroki. W momencie, gdy jej umysł nie działa logicznie, jej jedyną opcją wydaje się pozbycie się go w ogóle, zanim ten zniszczy i odbierze jej to, co się jej zwyczajnie należy.

Ta książka wzbudziła we mnie dużo mieszanych uczuć. Przede wszystkim zaskoczyło mnie, że nie potrafię jednoznacznie opowiedzieć się po stronie jednego z bohaterów. Raz kibicowałam jej, żeby zemściła się na nim za niewierność, raz trzymałam kciuki za niego, aby w końcu wziął życie w swoje ręce. Raz nienawidziłam jej za małostkowość, a następnie brzydziła mnie jego dwulicowość i bezproblemowe prowadzenie podwójnego życia. Jedno wiem na pewno, „W cieniu” to powieść o nieszczęśliwych ludziach, którzy już zapomnieli, dlaczego są ze sobą. To typowy przykład związku, który trwa, mimo że fundamenty zostały już dawno zniszczone. Ciągle też nie mogę się pozbyć wrażenia, że zamieszczona w książce historia jest przykładem na to, że nie można zbudować szczęścia na cudzym dramacie.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak".

poniedziałek, 9 marca 2015

"Obietnica Łucji", Dorota Gąsiorowska - recenzja

            Jak długo można zmagać się z demonami przeszłości? Kiedy jest najlepszy moment, by w końcu powiedzieć sobie „dość” i zacząć iść przed siebie jasną, przejrzystą ścieżką? Na te pytania stara się odpowiedzieć „Obietnica Łucji” – książka, która zaczarowała mnie już od swojej pierwszej strony.
            Kiedyś usłyszałam taką opinię, że niemożliwe jest cierpieć aż tyle lat. Przecież w końcu trzeba otrzepać kurz bolesnych wspomnień, zalegających na człowieczych barkach. To prawda, że nie można być wiecznie nieszczęśliwym, ale kto ma prawo decydować za inną osobę, ile czasu zajmie jej, zanim się otrząśnie? Ludzie nieraz latami skrywają przed najbliższymi to, o czym sami woleliby zapomnieć. Ta książka mówi o cierpieniu, bolesnym ale potrzebnym zmaganiu się z przeszłością, ale również opowiada o miłości, tej prawdziwej, która może uleczyć wszelkie rany.
            Łucję, główną bohaterkę powieści, poznajemy w momencie, gdy decyduje się zostawić za sobą życie w dużym mieście, a udać się w nieznaną podróż do niewielkiej miejscowości o pięknej nazwie Różany Gaj. Czterdziestoletnia kobieta na pozór ma wszystko. A, jednak jej serce przypomina wielką czarną dziurę, drążoną przez lata przez bolesne wspomnienia. Kobieta niedawno rozwiodła się z mężem, z którym już od dawna jedynie mieszkała pod jednym dachem. Ich wspólna miłość zaczęła obumierać, gdy mimo wielkiego pragnienia kobiety, nie mogli doczekać się potomstwa. Kiedy po zaledwie trzech latach nauczania w szkole, postanowiła założyć własne biuro turystyczne, wydawało się, że oto spełniły się jej wszystkie marzenia, a ona mogła w końcu przelać swoją miłość i zaangażowanie na firmę, która okazała się prosperować nawet lepiej, niż na początku zakładała. Niestety, życie nie jest takie łatwe i jak się niebawem okazuje, Łucja z biegiem lat gorzknieje coraz bardziej, skrywając przed ludźmi swoje prawdziwe uczucia.
            Gdy kobieta podejmuje pracę nauczycielki historii w szkole na prowincji, nie ma pojęcia, że los zgotował jej więcej niespodzianek, niż kiedykolwiek mogłaby wymarzyć. To tutaj, w ciszy i spokoju małego miasteczka, jej serce zaczyna pomału odżywać. To właśnie w Różanym Gaju dojrzewa w niej powoli decyzja o zmierzeniu się z bolesną przeszłością, która tkwi w jej duszy, niczym ostry kolec najpiękniejszego na świecie kwiatu.
            Łucja, zafascynowana starym opuszczonym pałacem Kreiwetsów, zaczyna odkrywać historię tego miejsca. Nie może wiedzieć o tym, że to miejsce będzie miało dla niej o wiele większe znaczenie, niż ciekawostka turystyczna. Ale Łucję fascynuje nie tylko stary pałac, ale również drobna dziewczynka o bladej twarzy, która często spóźnia się na lekcje lub wcale nie przychodzi do szkoły. Od pani Matyldy, od której wynajmuje pokój, dowiaduje się, że matka dziewczynki jest śmiertelnie chora. Łucja, poruszona tą informacją nawiązuje bliższy kontakt z uczennicą, a w rezultacie także jej matką.
            Pewnego dnia, gdy kobieta przebywa w odwiedzinach u Ewy i jej córki Ani, chora kobieta prosi ją o to, by gdy ta już odejdzie z tego świata, odnalazła ojca dziewczynki. Łucja, mimo pewnych oporów przystaje na tę prośbę. Po śmierci Ewy, Łucja zostaje prawną opiekunką Ani, którą pokochała jak własną córkę, której nigdy nie miała.
            W międzyczasie w życiu kobiety pojawia się mężczyzna, którego ta od razu rozpoznaje ze zdjęcia, jakie Ewa pokazała jej tego dnia, gdy poprosiła ją o tak wielką przysługę. Uznany pianista, Tomasz jest ojcem dziewczynki, jednak Łucja nie potrafi mu wyjawić prawdy. Całą sprawę komplikuje bowiem fakt, że mężczyzna spotyka się z zimną i wyniosłą Adelą, artystką tworzącą plakaty. Łucja boi się, że Adela nie zaakceptuje Ani i nie pokocha jej tak, jak dziewczynka na to zasługuje. Nie bez znaczenia jest też fakt, że kobieta zaczyna żywić do Tomasza prawdziwe uczucie, z którym coraz trudniej jej walczyć.
            Czy Łucja wyjawi Tomaszowi prawdę? Czy będzie potrafiła pogrzebać przeszłość, aby zrobić miejsce przyszłości?

            „Obietnica Łucji” – książka, którą warto przeczytać, aby uwierzyć, że zawsze można zacząć wszystko od początku, jeśli tylko otworzymy się na to, co przygotowało dla nas życie.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.

Coś nowego

Moi mili, 

co jakiś czas na tym blogu będą się pojawiały napisane przeze mnie recenzje książek. Mam na swoim koncie kilka napisanych recenzji, ale szczerze mówiąc jest to dla mnie nowość, więc proszę Was o wyrozumiałość :)

Ania :)

czwartek, 5 marca 2015

Raz na wozie, a raz pod...

Kochani,

dzisiaj otrzymałam smutną wiadomość, że to wydawnictwo, dla którego poprawiałam książkę zdecydowało, że jej nie wyda. Powodem były podobno negatywne opinie kilku koneserek literatury kobiecej. Wydawnictwo się przestraszyło, że książka może się nie sprzedać. 

Jest mi przykro, ale w końcu się podniosę.
Mam nadzieję, że nie przestanę w siebie wierzyć, mimo tego, że ktoś przestał wierzyć we mnie.

Pozdrawiam Was,

Ania.