wtorek, 6 maja 2014

Po przebudzeniu...

Witajcie,

wiosna rozkwitła za oknem, a moje serce zamarzło. Wiecie, odkąd po raz pierwszy wzięłam do ręki długopis i napisałam na żółtej, samoprzylepnej kartce swój pierwszy, niedoskonały tekst poczułam wielką radość. Zrozumiałam, że to jest to COŚ, czego każdy z nas poszukuje w swoim własnym życiu. Pisanie sprawiało mi niesamowitą przyjemność. A nawet więcej... Nie potrafię opisać tej emocji. Było to trzynaście lat temu. Nigdy nie ośmieliłam się powiedzieć o swoich tekstach "wiersze". Czułam, że to słowo jest zbyt wielkie... Zbyt święte. Wiersze to pisywali tacy wspaniali poeci jak Tuwim, Norwid, czy Baczyński. Ja pisałam "bazgrołaki" :) Przez okres gimnazjum i liceum tworzyłam, nawet nie "do szuflady", ale "dla szuflady". Kiedy były organizowane szkolne konkursy poetyckie, nie potrafiłam przełamać się i wyciągnąć na światło dzienne swoich tekstów. Ten świta należał tylko do mnie. Dosłownie. Bo nie wiedział o nim nikt. Nie żałowałam tego. Było mi z tym dobrze. Nie czułam się jeszcze gotowa na to, żeby komukolwiek pokazać to, co stworzyłam. 

Wreszcie nadszedł taki moment. Pierwszą osobą, której pozwoliłam wejść do mojego wewnętrznego świata był mój chłopak, a obecnie mąż. Spodziewałam się najgorszego. Wyśmiania lub odrzucenia. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, spodobały się mu moje teksty. Następnie pozwoliłam przeczytać swoje "bazgrołaki" swojej siostrze oraz paru przyjaciołom. Oni też wyrazili swoją aprobatę. Byłam zdumiona. Postanowiłam, że wyślę parę wierszy na kilka konkursów. Z kilku zrobiło się kilkanaście, a może kilkadziesiąt. Nigdy nie wygrałam. Nigdy nawet nie zajęłam drugiego lub trzeciego miejsca. Nigdy nie otrzymałam wyróżnienia. Wiecie, nawet wtedy nie poddałam się. Pisałam dalej. Przyszła wtedy kolej na bajki. I nagle ta wygrana w konkursie. Szok, niedowierzanie, łzy szczęścia... Potem ten audiobook - akurat wtedy, gdy od prawie roku nie napisałam ani słowa. Przegrałam tyle razy. Tyle razy upadłam. Nie zliczę dziś już tych upadków. I wygrałam raz. A potem drugi, gdy w styczniu tego roku wydałam "Całkiem dobrą książkę o miłości". Wtedy czułam się jak rodzic, który po raz pierwszy posyła swoją pociechę do szkoły. Byłam dumna i bardzo szczęśliwa. 

Kolejnym etapem było napisanie dreszczowca. Po zakończeniu pierwszego tomu, zabrałam się za pisanie drugiego (bo przypominam, że w planach jest trylogia) i wtedy po raz kolejny to się stało. Przestałam wierzyć w to, co robię. Znienawidziłam się za to... Bo, dlaczego nie mogę odczuwać takiego spełnienia, takiej satysfakcji, takiej czystej niczym nie zmąconej radości, wykonując jakąkolwiek inną pracę? Po raz kolejny odrzuciłam od siebie pisanie i postanowiłam żyć bez tej jedynej przyjemności w moim życiu, która nadaje mojemu istnieniu światło. Zapragnęłam być inna, posiadać zupełnie inny dar, wszystko jedno jaki, byle nie ten. Ten, który wymaga poświęcenia, wstawania o świcie, nieustannej pracy, za którą nie dostajesz nic. A przynajmniej nic materialnego, co w dzisiejszym świecie jest niestety wyznacznikiem posiadanego bogactwa. I wówczas znowu przywołał mnie do siebie ten dar, o który nie prosiłam. Bo z pisaniem jest taki problem, że jest uzależniające jak narkotyk... Jak już raz zaczniesz, skosztujesz niebiańskiej rozkoszy czule muskającej twego ducha, zawsze będziesz wracał. Ta satysfakcja z tego, że coś się udało. Pomimo trudu, łez i zwątpienia. Pomimo tylu wyrzeczeń powstało zdanie, następnie strona, rozdział i wreszcie książka. To, że to, co stworzyłeś jest tylko i wyłącznie twoje... Nigdy nie czuję się szczęśliwsza, niż wtedy gdy widzę efekt mojej pracy. I szlag by to! Niechby czytało mnie tylko parę osób... Albo, niechby nie czytał mnie nikt! Bo przecież tak było dziesięć lat temu, gdy pisywałam "dla szuflady". I powiem, wtedy także byłam szczęśliwa. To nic. Nie mogę przestać pisać. Wiecie, ja nie wiem czy jestem pisarką (notabene, nie lubię tego słowa, jest takie twarde i nieprzystępne, wolę słowo "autorka"), wiem tylko, że gdy siadam przy klawiaturze serce bije mi szybciej, a krew zaczyna wrzeć w żyłach. Bo to jest moment, na który czekam cały dzień, a może inaczej: całą noc, bo przecież zaczynam pisać zaraz po przebudzeniu. I po raz kolejny przypomniał mi się fragment filmu "Zakonnica w przebraniu 2":

https://www.youtube.com/watch?v=t5CyuMDuEQY

I słowa, które wypowiada siostra Mary Clarence: "Jeśli po przebudzeniu nie myślisz o niczym innym, tylko o pisaniu, to jesteś pisarzem."

Jestem, więc piszę.