czwartek, 4 maja 2017

"Fak maj lajf", Marcin Kącki - receznja

Na wstępie muszę powiedzieć, że nie lubię pisać negatywnych recenzji. Nawet bardzo. To, w jaki sposób odebrałam tę książkę jest kwestią, z jaką nie mogę się pogodzić. Niestety, na próżno szukałam czegoś wartościowego, kartkując kolejne strony książki o interesującym tytule „Fak maj lajf”. Ja nie przeczytałam, ja zmęczyłam tę książkę. Mimo to zdaję sobie sprawę, iż jest to tylko moja subiektywna opinia i może dobrze, bo przecież każdy z nas ma inny gust czytelniczy. „Fak maj lajf” niefortunnie „trafiło” w mój gust, niczym przysłowiową kulą w płot.

Wszystkie postacie w tej powieści są negatywne, nie posiadają ani jednej pozytywnej cechy, choć starałam się, aby je odnaleźć choćby w jednym z bohaterów. Doceniam i rozumiem koncepcję Kąckiego – starał się ukazać świat i rządzące nim zasady szczerze do bólu, dobitnie, odarte z wszelkiej obłudy. Jednak samo wykonanie jest co najmniej złe. Niektóre fragmenty, na przykład ta, w której Fifi, młody mężczyzna o homoseksualnej orientacji, wykonuje lewatywę, są zwyczajnie obrzydliwe. A zapewniam, że nie jest to jedyny raz, kiedy wielka gula podeszła mi do gardła i to nie z powodu nieokiełznanego wzruszenia. Coś, co bardzo mnie razi we współczesnej literaturze to nadużywanie przekleństw, inwektyw i stereotypów. Niestety, ta pozycja jest nimi przesycona. Ja wiem, że czasami zwyczajnie trzeba „rzucić łaciną”, ale naprawdę czasem nie powinno zamieniać się w często.

Książka traktuje o losach przypadkowych osób, które jednak spotykają się na swoich życiowych drogach. Żadnemu z bohaterów nie jest obcy ani jeden z siedmiu grzechów głównych. Gambit, wschodząca gwiazda srebrnego ekranu, to seksoholik bez skrupułów dążący po trupach do celu. Potrafi być też sadystyczny i bezwzględny. Wspomniany już Fifi, Monia i Nora, to trójka młodych osób, które dla sławy, jaką cieszy się Gambit, potrafią zrobić dosłownie wszystko. Imię Erica, który nigdy niczego nie osiągnął, zwykłym zbiegiem okoliczności i szczęścia nie schodzi z ust całej Polski. Jednak on ma własny plan, w jaki sposób wykorzystać ten niespodziewany uśmiech losu. Trzeźwy, jako jedyny wydaje się uczciwy, ale i on nie odczuwa wyrzutów, by niesprawiedliwie zdegradować na niższe stanowisko osobę, wyznaczoną przed Pierwszego. Papa i Lebioda to po prostu zwykli parszywcy, którzy dla pieniędzy sprzedaliby własne rodziny. Naiwny Młody, który odbywa staż w gazecie Lebiody, stara się coś zmienić, gdy odkrywa, jak naprawdę działa ta machina, w której jest tylko nic nie znaczącym trybikiem. Mimo tego wcześniej wykonuje każde polecenie przełożonych bez mrugnięcia okiem. Żaden z bohaterów nie prezentuje sobą niczego pozytywnego i niczego takiego nie można się po żadnym z nich spodziewać. Ich zepsute umysły i serca nie są w stanie wykreować niczego, co nie służy ich własnym interesom i pobudkom. Przykra to wizja. Jednak, gdyby została przedstawiona trochę inaczej, może trochę innym językiem, byłaby interesująca. A tak, mamy mały kataklizm zawarty na 317 stronach.


Czytając tę książkę myślałam „Ach, to tak bawi się Warszawka...” Jeśli TAK faktycznie bawi się Warszawka, to jestem bardzo zadowolona, że mieszkam w moim rodzinnym, spokojnym województwie podkarpackim, gdzie, parafrazując autora, mieszkają najbardziej katoliccy katolicy.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

wtorek, 17 stycznia 2017

O facebooku, moich planach oraz o tym, co naprawdę ważne.

Kochani!


Nie wiem, czy większość z Was zauważyła, ale "zniknęłam" z Facebooka. Całkowicie! Nie posiadam w tym momencie ani prywatnego konta, ani nie prowadzę żadnego fanpage'a. Dlaczego to zrobiłam? Powodów było kilka, Szczerze mówiąc już kiedyś "znikęłam" z Facebooka. Teraz jednak nie zamierzam wracać. Przede wszystkim chcę Wam powiedzieć, co dzięki temu zyskałam, a jest tego sporo. Najważniejszy profit to więcej czasu, ale równie ważny to brak nerwów. Tak. Ja wiem, że to niektórym z Was może wydawać się dziwne, ale wraz z usunięciem Facebooka przestałam zamartwiać się niuansami, chodzi mi tu szczególnie o to "co sobie inni pomyślą". Facebook jest wykreowaną, nieprawdziwą rzeczywistością, w której pokazujemy tylko pewną wersję siebie. Chcemy, żeby ta wersja była jak najlepsza. Chcemy, żeby Ci, którzy nas odwiedzają i Ci którzy nas śledzą (a chyba tych drugich jest znacznie więcej), kiedy zobaczą nasze zdjęcia oszaleli z zachwytu, a nieraz z zazdrości. Chcemy, aby nasze posty ich ruszyły i aby myśleli "Wow, on/ona jest naprawdę inteligentny/-na". Przyznam, że i ja dałam się wciągnąć w tę pułapkę, w której narcyzm jest naszym największym wrogiem. Facebook jest jak permanentny zjazd absolwentów. Od początku wiedziałeś, że to zły pomysł, żeby jechać, ale wszyscy Cię namówili, no więc jesteś. I nagle okazuje się, że nie ma ucieczki od ciągle oceniających oczu i od wiecznego porównywania się do innych. Czujesz, że musisz coś udowodnić.
Chodzi o to, że doszłam do wniosku, że nie muszę niczego udowadniać. Wahałam się czy usunąć również fanpage'e, ale uznałam, że nie chcę mieć już w ogóle nic wspólnego z tym portalem, więc półśrodki nie wchodziły w grę. Zadałam sobie pytanie: czy jeśli usunę fanpage'e, to moje książki przestaną istnieć? Odpowiedź była oczywista.

Jakie mam plany na przyszłość? Obecnie koncentruję się na mojej córeczce, Staram się z nią spędzać każdą chwilę i to sprawia, że nareszcie czuję się spełniona. Nigdy nie myślałam, że bycie mamą może być aż tak fascynujące. Okazuje się, że nie ma nic bardziej ekscytującego. Nie mam planów wydawniczych, Owszem, co jakiś czas rozsyłam swoje propozycje do wydawnictw, lecz nie czekam już w napięciu na odpowiedź. Odpuściłam, Co będzie, to będzie. Chcę pisać i zapewne zawsze będę, ale jeśli okaże się, że już nigdy niczego nie wydam, nie będzie to koniec świata. Zawsze wiedziałam, że pisanie mnie nie definiuje i nigdy nie chciałam by tak było. Dlatego tak rzadko organizowałam spotkania autorskie. Po pierwsze zawsze miałam strach przed publicznymi wystąpieniami (wolę pisać niż mówić). Po drugie czułam się nie na miejscu. Jestem kimś znacznie więcej niż swoje książki, a zarazem kimś znacznie mniej niż ludzie, którzy zechcieli pojawić się na spotkaniu.
Jeśli chodzi o wydawnictwa, to nie rozpisując się długo (bo po co), powiem jedynie, że nie wiem, czy istnieje taka firma, której dziś zaufałabym w stu procentach.

Teraz chcę Wam powiedzieć o tym, co jest dla mnie naprawdę ważne. Kochani, miłość i rodzina to największe wartości. Nie zaniedbujcie swoich realcji z bliskimi, bądźcie z nimi tu i teraz, naprawdę z nimi bądźcie. Wszystko inne jest nieważne. Wszystko inne może zaczekać. Cierpliwości, wszystko przyjdzie z czasem. Moja mama zawsze mi powtarza "Jeszcze zdążysz wszystko osiągnąć, tak jak ja zdążyłam". Wierzę w to mocno, dlatego nigdzie się nie spieszę. Czego i Wam życzę!


Pozdrawiam Was ciepło,

Ania :)

sobota, 27 sierpnia 2016

Po raz pierwszy w życiu zabrakło mi słów...

Moi drodzy,

zawsze sądziłam, że jeśli tylko chcę, słowami potrafię opisać wszystko. Jak bardzo się myliłam. Bo nie wiem jak mam opisać miłość tak wielką, że nawet blask słońca wydaje się przy niej blednąć. Jak opisać uczucie, kiedy jeden najpiękniejszy uśmiech na świecie potrafi odgonić wszelkie smutki, strapienia i zmęczenie. Nie umiem. Nie będę się nawet starać. 

3 maja 2016 r. o godzinie 12:35 po raz pierwszy w życiu zabrakło mi słów. Gdy przyszła na świat moja córeńka zaniemówiłam z zachwytu.


Pozdrawiam Was ciepło,
Ania

piątek, 12 sierpnia 2016

"Rekiny wojny", Guy Lawson - recenzja

Packouz, Diveroli i Podrizki – trzech młodych chłopaków z Miami Beach w 2007 roku wygrało przetarg na dostawę broni do Afganistanu, zorganizowany przez Pentagon. Kontrakt opiewał na 300 milionów dolarów. Oprócz Diverolego, najmłodszego z całej trójki, żaden z nich nie miał pojęcia o handlu bronią. Dziewięć lat temu wsiąknęli w świat ciemnych interesów, korupcji i mafijnych porachunków. Popalający trawkę kolesie w jednej chwili stali się najważniejszym graczem, rozgrywającym w jednym z kluczowych wydarzeń współczesnej historii.

Nieprawdopodobne? Nie do końca, gdy zrozumiemy politykę prowadzoną w ówczesnym czasie przez byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Georga W. Busha. Chcąc uniknąć oskarżeń o korupcję, Bush postanowił dać szansę prywatnym firmom na składanie ofert w przetargach, mających nadrzędne znaczenie dla walki USA z terroryzmem, przede wszystkim w Iraku i Afganistanie. Z tej okazji skorzystała AEY, firma należąca do Efraima Diverolego. Dzięki własnej wytrwałości i chciwości, Diveroli dotarł na sam szczyt półświatka handlarzy bronią. Jako nastolatek pomieszkiwał z wujkiem, który sam zajmował się sprzedażą broni. Zdobyte doświadczenie u wujka wykorzystał później w swojej własnej działalności. Niebawem dołączył do niego Packouz, licencjonowany masażysta, który w wolnych chwilach tworzył muzykę na własny, studyjny album. Podrizki, lingwista z zamiłowania, przyłącza się do firmy, kiedy AEY potrzebuje wysłać kogoś do Albanii, skąd sprowadza broń dla amerykańskich żołnierzy w Afganistanie. Mimo że troje młodych, niedoświadczonych ludzi na pierwszy rzut oka wygląda na grupę laików i ignorantów, tak naprawdę tworzą dobrze zgrany zespół, w którym każdy wykonuje pracę, jaką w dużych, międzynarodowych firmach przypada na dziesiątki dobrze wyszkolonych ludzi. Diveroli ma świetne wyczucie w składaniu ofert, Packouz zajmuje się realizacją zamówień, a Podrizki pełni funkcję dyplomaty, kontrolującego biznesy AEY w Albanii.

W świecie handlu bronią nic nie jest jednak jasne i już niebawem młodzi mężczyźni będą musieli się o tym dość boleśnie przekonać. Kiedy okazuje się, że mogą tanio nabyć albańską amunicję do karabinów AK-47, nie wahają się ani chwili. Rząd Stanów Zjednoczonych stawia tylko dwa warunki: amunicja ma być „sprawna bez zastrzeżeń” i nie może pochodzić z Chin. Pierwszy warunek zostaje spełniony, bo choć w większości naboje są stare i zardzewiałe, to bez wątpienia są „sprawne bez zastrzeżeń”, co w praktyce oznacza, że mają po prostu wystrzelić. Jednak drugi warunek zostaje przez kolesi zignorowany. Choć nie do końca, bo kiedy Podrizki na miejscu dowiaduje się o źródle pochodzenia amunicji, natychmiast dzwoni do małego biura AEY w Miami Beach i dzieli się swoimi zastrzeżeniami z Diverolim. Ten na początku jest zaniepokojony zaistniałą sytuacją, ale zaraz potem postanawia „obejść” przepisy. Plan jest prosty: należy przepakować amunicję do lżejszych kartonów, co zmniejszy koszty wysłania przesyłki do Kabulu, a chińskie oznaczenia usunąć, dzięki czemu „upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu”. I tu zaczynają się wszystkie problemy AEY. Okazuje się, że jednocześnie zadzierają z albańską mafią, w której skład wchodzi syn premiera Albanii, z pośrednikiem sprzedaży broni, a także z amerykańskim rządem. Najciekawsze jest jednak to, że gdyby nie pewien dziennikarz z „New York Timesa”, który najwyraźniej uwziął się na trójce kolesi, a także jeden tajny agent, który za swój honor uznał wsadzenie za kratki Diverolego, wszystko byłoby jak w najlepszym porządku.


„Rekiny wojny” to opowieść oparta na faktach. Niedługo będzie miała miejsce premiera filmu, będącego adaptacją powieści. Jest to historia o marzeniach, amerykańskim śnie i o tym, że chciwość i zachłanność rodzą tylko problemy. Czytelnik pomiędzy kartami powieści próbuje odnaleźć się w szarościach półlegalnego świata, w którym nikt nie jest niewinny. W pewnych momentach można się nieźle pogubić w zawiłościach wątków i historii i w tym „kto jest kim”. Jedno jest natomiast pewne – Packouz, Diveroli i Podrizki stali się kozłami ofiarnymi bezdusznego systemu, który za nic ma ludzkie życie i pod przykrywką uczciwości i dobrych intencji, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Ballada o drobnym karciarzu", Lawrence Osborne - recenzja

W świecie sztucznego, pozornego szczęścia, neonowych świateł, kiczowatych kasyn i ogólnodostępnych kobiet, „lord” Doyle czuje się jak ryba w wodzie. Dojrzały mężczyzna z haniebną przeszłością, przez którą nie może wrócić do własnego kraju, tutaj w chińskim Makau – stolicy hazardu, zdaje się odnaleźć swoje miejsce i poczucie godności. Wyrachowany, wyzbyty z wyższych emocji, uzależniony od gry w bakarata, cudownie wpisuje się w chory klimat miasta „głodnych duchów”. Zdaje się, że Doyle przekroczył już granicę, w której dla hazardzisty liczy się przede wszystkim wygrana. Dla niego wygrana to slogan, nic nieznaczący łut szczęścia. Doyle bowiem nie gra po to, aby wygrać, lecz po to, żeby w ogóle grać. Ten dreszczyk emocji, porównywalny tylko do adrenaliny związanej z jazdą na rollercoasterze, jest jego celem, gdy zasiada co wieczór przy jednym ze stołów do gry i poprzez materiał swoich żółtych „lordowskich” rękawiczek z czułością dotyka plastikowych kart. Co więcej, wydaje się, że przegrana jest dla niego bardziej satysfakcjonująca, niż wygrana. Kiedy bowiem do Doyla uśmiecha się szczęście, napełniając jego kieszenie gotówką, ten zdaje się chorować. Dolegliwości ustępują, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy koło fortuny zmienia swój bieg i opróżnia do cna te same kieszenie. Nie sądźcie jednak, że złe samopoczucie jest tym, co mogłoby powstrzymać głównego bohatera przed grą w bakarata. To nie zdrowie, lecz uzależniająca gorączka gry jest tym, co napędza mężczyznę.

Los zdaje się wystawić na próbę dotychczasowy styl życia „lorda” Doyla. Poznając pewnego wieczoru młodą call girl, Dao-Ming, coś niespodziewanie ożywa w jego wnętrzu. To coś pcha go do zadawania pytań, o których istnieniu nie miał pojęcia. Czy powinien rzucić hazard i przejść na zasłużoną emeryturę? Czy szczęście, które odczuwa przy Dao-Ming, jest warte wyczekiwanego odpoczynku i spokojnego życia u jej boku? Doyle ucieka od tych pytań, lecz one, niczym niezrażone, wracają do niego ze zdwojoną siłą.


„Ballada o drobnym karciarzu” to napisana dobrym językiem powieść, zadająca pytania egzystencjalne. Wraz z Doylem, czytelnik musi odpowiedzieć sobie na owe. To historia nałogu, który potrafi wciągnąć, niczym ruchome piaski. To opowieść o tym, co mogłoby by się stać, gdyby odwaga okazała się silniejsza niż hazardowa „gorączka złota”. Kolejne rozdziały są wielką niewiadomą. Dzięki temu zabiegowi, wzrasta ciekawość czytelnika i podobnie jak „lord” Doyle nie zamierza odpuścić, dopóki nie odkryje tego, co skrywają kolejne karty powieści.


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".

czwartek, 7 kwietnia 2016

Ostatnia kropka ;)

Moi drodzy,

właśnie przed momentem skończyłam pisać kolejną książkę. Tę powieść pisało się mi bardzo dobrze. O czym jest ta książka? To opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, zmaganiu się z własnymi lękami i bolesnymi doświadczeniami, oraz o miłości, dzięki której życie ma sens. 

Książka liczy dokładnie 74588 słów oraz 475756 znaków. Oczywiście, na chwilę obecną, ponieważ te liczby mogą ulec zmianie, gdy wprowadzę poprawki.

Co z tego wyniknie? Tego nigdy nie wiem. Poślę moją najmłodszą "córę" w świat i będę czekać. Jak wiecie, nadzieja nigdy mnie nie opuszcza ;) A tymczasem pozostawiam Wam zdjęcie-podpowiedź, abyście mogli bardziej domyślić się treści książki.


Miły widoczek, prawda? :)

Pozdrawiam Was wiosennie, Ania :)

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Before. Chroń mnie przed tym, czego pragnę", Anna Todd - recenzja

 „Before” to piąta część z serii „After”, napisanej przez Annę Todd. Historia opisana w „Before” to opowieść o miłości pomiędzy dwójką młodych studentów – Tessą i Hardinem, oscylująca wokół trudnych relacji głównych bohaterów.

Zanim przeczytałam tę książkę, kilka razy miałam okazję zapoznać się z literaturą „New Adult”. Nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, a po zapoznaniu się z „Before” na pewno to się nie zmieni. Przykro mi, ale ta książka nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych emocji. Uparcie szukałam atutów, które mogłabym wyłuszczyć w tej recenzji, ale bezskutecznie.

Zacznę od tego, że fabuła jest tak naiwna, jakby tę książkę pisała czternastoletnia dziewczyna. Schematycznie zarysowani bohaterowie – on jest zły i zbuntowany, ona cicha i niedoświadczona. Od początku wiadomo, jak potoczy się akcja w tej książce. Nie wiem, czy autorka naoglądała się za dużo komedii romantycznych, ale fabuła „Before” to stereotypowy scenariusz dla tego typu filmu. Chociaż, nie. W filmie przynajmniej akcja nie urywa się, od tak nagle i od tak sobie, nie występuje scena, która nie wiadomo skąd i po co się tam wzięła. W „Before” ten zabieg powtórzony został kilkukrotnie. To sprawiło, że nieraz gubiłam się w wątkach i nie wiedziałam dlaczego coś w ogóle się wydarzyło. Jak na powieść liczącą prawie 400 stron, dziwi takie zaniedbanie. Poza tym, czy naprawdę w powieści tego typu sceny łóżkowe muszą się przewijać praktycznie non stop? Czy aby „co za dużo, to niezdrowo?” Uwierzcie, kiedy powiem, że chwilami miałam odruchy wymiotne, gdy po raz kolejny na kartach powieści pojawiał się ulubiony temat autorki. Przykro mi, ponieważ tego typu uogólnienia sprowadzają miłość do poziomu fizyczności. Ta książka wręcz hołduje kłamstwu, jakie próbuje nam sprzedać nowoczesność, a więc, że miłość = seks.

Jeśli chodzi o stylistykę, woła o pomstę do nieba. Język, jakim posługuje się Todd jest, krótko mówiąc, bulwarowy. Ilość przekleństw, powtórzeń i komunałów zawartych w tej książce z łatwością zapełniłaby nie jedną uliczną ścianę w dowolnie wybranym mieście. Ja rozumiem, że tego typu literatura jest kierowana do młodego odbiorcy, ale czy to oznacza, że należy pisać tak, jakby nie znało się takich terminów jak „metafora”, „przenośnia” czy „porównanie”. Nie wiem, być może tutaj zawinił tłumacz, nie sama autorka, ale fakt pozostaje taki sam – język jest okropny. Nie sposób nie wspomnieć tu o koszmarnych powtórzeniach. Na przykład kilka razy dowiedziałam się, dlaczego Hardin nosi obcisłe spodnie, albo że ktoś lub coś jest według głównego bohatera „gorszego sortu”.


Jeżeli wszystkie powieści „New Adult” są podobne do „Before”, to chyba nie chcę już więcej sięgać po tego typu literaturę. Przykro mi, ale muszę powiedzieć stanowcze „nie” takiemu pisarstwu, które nie wnosi dosłownie nic w życie czytelnika. Nie rozumiem, jak to się stało, że seria „After” zdobyła tak ogromną popularność, najpierw w Sieci, a później poza nią. Przeraża mnie myśl, że oprócz wydanych już pięciu książek, ma powstać jeszcze trzy, mówiące w gruncie rzeczy zapewne o tym samym.  


Za książkę dziękuję wydawnictwu "Znak Literanova".